Saturday, 17 September 2016

P. Dr Józef Krop (3 z 6)



“ ludzie nie umierają,
tylko popełniają powolne
samobójstwo”
Seneka

„Jeśli boli cię noga,
to nie szukaj wspaniałego bandaża,
aby ją owinąć.
Nie szukaj drogich lekarstw, maści itp.
Nie szukaj też najlepszego na świecie szpitala,
wyposażonego w najlepszy sprzęt medyczny.
I nie zgódź się na amputację nogi.
Usuń najpierw gwóźdź, który masz w bucie”
Dr Józef Krop
– Czy Pan nadal prowadzi swoją praktykę lekarską?
– Tak, moja praktyka nie ucierpiała na tym. Wręcz odwrotnie, mam coraz więcej pacjentów. Powiem nawet więcej. Straciłem dużo zdrowia, czasu i pieniędzy, to wszystko było dla mnie upokarzające. To był ogromny psychiczny stres. To prawda. Ale jednocześnie był to dla mnie czas błogosławiony. Dzięki tym przeżyciom jestem silniejszym człowiekiem, pod każdym względem, moja rodzina jest silniejsza. A przede wszystkim, znalazłem w moim sercu, i w moim życiu miejsce dla... Boga. Wszystko inne się nie liczy.
Powiem Panu jeszcze więcej, bo to pewnie Pana zainteresuje.
W tym ciężkim dla mnie okresie, pewnego dnia żona przyniosła z biblioteki kasetę, opracowaną przez Normana V. Peale p.t. ‘The Power of Positive Thinking’. Słuchałem tą kasetę wielokrotnie. Fragmenty tej kasety, wersety z Biblii, powoli wypełniały mój umysł, zapadały mi w pamięć. Z moją wiarą nie było najlepiej. Urodziłem się i wychowałem w rodzinie luterańskiej. Ale byłem typowym dzieckiem komunizmu i religia mnie raczej nie interesowała. Ale od tego momentu coś się ze mną stało. Któregoś dnia, po ciągu nieprzespanych nocy, przychodzę rano do gabinetu i czuję, że chyba dzisiaj będzie ze mną koniec. Ogarnęła mnie niesamowita panika, trudna do opisania. Zacząłem się trząść ze strachu. Byłem w takim stanie, że już miałem prosić sekretarkę o odwołanie wszystkich wizyt. I nagle, przychodzą mi do głowy pewne wersety z Biblii, pewne fragmenty tekstów, które znajdują się na tej kasecie. Przytoczę je tak, jak je pamiętam, a pamiętam je do dziś, w wersji angielskiej – „God is with me; God is helping me; God is guiding me.“. I nagle wiem, że nie jestem sam. I jestem silny, jak nigdy przedtem. Bóg jest ze mną. Od tego momentu straciłem strach, na zawsze. Proszę pierwszego pacjenta.
– To niesamowita historia, również dlatego, że ja przeżyłem podobne chwile. Moja żona też któregoś dnia przyniosła do domu kasetę video p.t “The Power of Positive Thinking”. Obejrzeliśmy ją. Potem przeczytałem książkę N.V. Peale pod tym samym tytułem. Potem kupiłem sobie tę książkę i czytałem ją jeszcze wiele razy. I żałowałem, że nikt tej książki nie przetłumaczył był jeszcze wtedy na język polski, chociaż przetłumaczono ją już na chyba 100 języków. Kilka miesięcy później dowiedziałem się, że jest już polskie tłumaczenie. Mam tą książkę po polsku też. Czytałem ją już wiele razy. Kupiłem wiele egzemplarzy i rozdałem wśród znajomych. Ta mała książeczka, dla mnie, jest najważniejszą książką, po Biblii. Tytuł jej jest nieco mylący. Każdy, kto chce być zdrowym powinien tą książkę przeczytać. Powiem nawet więcej, gdyby każdy człowiek na świecie, (gdyby każdy Polak) przeczytał tę książkę i zrozumiał ją właściwie, ten świat, (i ta Polska) wyglądałby zupełnie inaczej. Ale wróćmy jednak do zasadniczego tematu.
Może Pana praktyka lekarska nie ucierpiała na tym, ale oprócz Pana i Pana rodziny, na pewno jeszcze ucierpieli potencjalni pacjenci, którym Pan nie mógł przyjść z pomocą, zajmując się tą całą batalią.
Czy ten ‘proces’ ma jakiś wpływ na to, co Pan robi, czy np. zmodyfikował Pan swoje metody leczenia?
            Nie, absolutnie nie. Zresztą, jak już powiedziałem, w tym końcowym werdykcie nie mówi się wcale o tym, że ja mam zmienić swoje metody leczenia, czy stawiania diagnoz. Po 10 latach znęcania się nade mną, dostałem tzw. reprymendę, za to, że nie słucham się tego, co mi nakazuje CPSO, który m.in. ciągle uważa, że brak jest naukowych podstaw stosowanym przeze mnie metodom. Co naturalnie nie jest zgodne z prawdą.
Ja np. uważam, że ciągle jest brak pieniędzy na badania w medycynie środowiskowej. Ale z tego wcale nie wynika, że te metody są nieskuteczne. Większość pieniędzy idzie ciągle na badania w farmacji i medycynie nienaturalnej. A mimo to, wiele lekarstw i wiele metod tej medycyny jest nieskutecznych, a nawet szkodliwych dla zdrowia pacjenta. To jedna prawda. 
A po drugie, w ogóle nie bierze się pod uwagę tego, że metody, które ja stosuję, które stosuje medycyna środowiskowa, służą poprawie zdrowia pacjentów i nie szkodzą pacjentom. Ten końcowy werdykt, jak zresztą i cały mój proces, jest bardzo pouczający dla wszystkich, tylko trzeba to wszystko uważnie prześledzić, i przeczytać ten dokument. Jest w nim napisane tak, w dużym skrócie, że mogę robić to, co robiłem dotychczas, tylko muszę najpierw podać pacjentowi informacje o tym, że istnieją inne metody diagnozowania i leczenia (zdaniem CPSO, bardziej naukowe od moich), a dopiero potem mogę opisać swoje. I powiedzieć jeszcze, że moje są nienaukowe.
Otóż śmieszność czy może raczej fałszywość tej decyzji polega na tym, że na ogół pacjenci, którzy się do mnie zgłaszają znają już te inne metody, co więcej, wiedzą, że są one mało lub zupełnie nie skuteczne, przynajmniej w stosunku do danego pacjenta, i dlatego przyszli do mnie, abym im pomógł.  
– Myślę, że to widać dość wyraźnie, że walka toczy się tutaj o to, aby, delikatnie mówiąc, zniechęcić lekarzy do uprawiania medycyny naturalnej.
Czym się Pan najczęściej zajmuje w swojej praktyce lekarskiej, jakimi chorymi?
            Ogólnie mówiąc zajmuję się głównie przewlekle chorymi: chroniczne bóle głowy, astma u dzieci i u dorosłych. Tych przypadków jest bardzo dużo, coraz więcej. Potem zaburzenia przewodu pokarmowego, chroniczne zmęczenie, fibromalgia, to już są prawie epidemiczne choroby. Jeżeli chodzi o dzieci, to najczęściej są to chroniczne zakażenia górnych dróg oddechowych, uszy, gardło, nos. Bardzo dużo mam dzieci, które są po leczeniu, powiedziałbym, przeładowaniu, antybiotykami. To jest przyczyną wielu chorób. Potem, dzieci nadmiernie aktywne i dzieci z zaburzeniami układu nerwowego. Tych przypadków jest też bardzo dużo.
            – W jakim wieku są te dzieci?
            To w większości są już dzieci w wieku szkolnym. Można było zgłosić się z nimi do lekarza już dużo wcześniej. Zresztą nie chodzi tu tylko o wiek. Miałem też taki przypadek, że przychodzi do mnie matka z dzieckiem 4-letnim. Ale co się okazuje, to dziecko przez ostatnie 3 lata brało po 12 kursów antybiotyków rocznie. To wychodzi prawie 1 seria antybiotykowa na miesiąc. Czy takie dziecko może być zdrowe? I czy to jego wina, że jest przeładowany antybiotykami? A ma dopiero 4 lata. Tutaj potrzebna jest większa troska i większa wiedza medyczna rodziców. Ale pocieszam się, bo mam już takich pacjentów, którzy stanowią drugą generację. Przychodzi do mnie młoda matka z dzieckiem i mówi, że jej matka ją tutaj przysłała do mnie, bo coś się zaczyna dziać źle z jej dzieckiem, więc lepiej przyjść wcześniej, i dla mnie i dla dziecka, no i dla babci też, bo pamięta ile kłopotów miała ze mną. A więc nauka nie poszła w las. To mi daje wielką satysfakcję.
            – A jak się mają sprawy z dorosłymi pacjentami?
            Proszę Pana, dorośli pacjenci trafiają do mnie bardzo często dopiero wtedy, gdy odwiedzili już kilku innych lekarzy, 5-10 lekarzy, i zwykle tym ostatnim lekarzem jest psychiatra. Wtedy ludzie często przecierają oczy ze zdziwienia i... przychodzą do mnie. Dobrze, jeśli uda się im uniknąć ‘lekarstw’ w rodzaju środków antydepresyjnych, ale niestety czasem są już po takich środkach.
            – Jak przebiega u Pana typowa wizyta pacjenta?
Wizyta u mnie nie różni się w zasadzie od wizyty u innego lekarza. Zaczyna się od przeprowadzenia wywiadu. Zwykle trwa to godzinę, czasem więcej, czasem mniej. Bywa, że rozbijamy tą pierwszą wizytę na dwie części, jeśli trwa za długo. Pytania są opracowane na bazie teorii medycyny środowiskowej, a więc analizujemy życie pacjenta w środowisku, w którym przebywa on na codzień. I szukamy związków pomiędzy opisywanymi przez pacjenta dolegliwościami a tym środowiskiem, aby znaleźć przyczyny tych dolegliwości.
– Jak długo się czeka u Pana na wizytę?
Dość długo, niestety. Ostatnio około 5-6 miesięcy.
– Przed wejściem do Pana gabinetu wisi napis, z którego wynika, że nie miłe są Panu osoby, które palą papierosy.
            Jeszcze kilka lat temu przyjmowałem także ludzi palących, tłumaczyłem, namawiałem, pomagałem, aby przestali palić. Przykro mi, ale skutek tych moich wysiłków był bardzo mały. Dlatego od pewnego czasu proszę, aby osoby palące nie przychodziły do mojego gabinetu i nie zamawiały sobie wizyt. Uważam, że jeżeli teraz, gdy tyle już wiemy o szkodliwości palenia, człowiek mimo to pali, to nie szanuje on ani siebie, ani lekarza, ani swojego dziecka, ani swojej rodziny. A przecież już jest chory, czasem bardzo poważnie. Ja naprawdę niewiele mogę pomóc człowiekowi choremu, który ciągle pali, który ciągle świadomie się truje. Tym bardziej, że jestem naprawdę bardzo zapracowany, mam wielu pacjentów, i mogę skuteczniej i szybciej pomóc tym pacjentom, którzy nie palą.
– Ale, czy to nie przesada, żeby nie przyjmować także dzieci palaczy?
            Nie, jeżeli w rodzinie ktoś pali, to ma to szkodliwy wpływ na zdrowie całej rodziny. To wszyscy dobrze wiemy. Nie można leczyć i wyleczyć dziecka, które ma astmę, jeżeli ktoś w rodzinie pali. Najpierw rodzice muszą zrobić wszystko, aby pomóc swojemu dziecku, a dopiero potem lekarz może mu pomóc, i skuteczniej i szybciej.
– Kiedyś Ks. Prymas Stefan Wyszyński powiedział:
Albo Polska będzie trzeźwa, albo jej w ogóle nie będzie”.
Dzisiaj więc do tej przestrogi trzeba dodać jeszcze jedną nie mniej ważną -
“Albo Polska będzie niepaląca, albo jej w ogóle nie będzie”.
Zgadzam się z Panem całkowicie, bo papieros jest groźniejszy od wódki.
– A jak Pan traktuje wyperfumowane Panie – pacjentki, czy panów – pacjentów, używających dezodorantów?
            Proszę Pana, z perfumami, z mydłami, z szamponami, z proszkami do prania, ze wszystkimi chemicznymi, sztucznymi zapachami, ogólnie mówiąc, jest bardzo poważny problem. Poprzez skórę, poprzez wdychanie, wprowadzamy te trucizny do naszego organizmu, do naszego systemu nerwowego, co wywołuje wiele szkodliwych objawów. Zwracał na to uwagę w Polsce prof. Aleksandrowicz już 20 lat temu. Uważam, że problem jest na tyle poważny, że niebawem te zapachy będziemy traktować podobnie jak palenie papierosów. Obecnie w szpitalach w prowincji Nowa Szkocja wprowadzono już zakaz używania perfum.
            – Jakie jeszcze można by wymienić najważniejsze zagrożenia dla naszego zdrowia?
– Ja myślę, że zdegenerowane nienaturalne pożywienie, no i oczywiście pestycydy. Pestycydy, czyli ‘środki ochrony roślin’, jak to się zwykło mówić po polsku, są prawdziwą plagą naszych czasów. Nie chronią, lecz szkodzą roślinom, zwierzętom i ludziom też.
Obawiam się, że może będzie Pan musiał wprowadzić jeszcze jedno ograniczenie dla swoich pacjentów, a mianowicie, nie przyjmować pacjentów, którzy stosują pestycydy?
– Kto wie, może i do tego dojdzie, jeśli się nie opamiętamy w porę. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację, że przychodzi do mnie matka z ciężko chorym dzieckiem. Szukamy przyczyn choroby i nagle dowiaduję się, że wokół ich domu, domu w którym to dziecko mieszka, systematycznie od lat stosuje się pestycydy, żeby wokół domu była piękna trawka. Znam również takie rodziny, które uganiają się za naturalnym pożywieniem, a swoją trawkę wokół domu traktują... pestycydami.
Tak rzeczywiście, w języku polskim na pestycydy mówimy grzecznie – ‘środki ochrony roślin’. Ale kto wie, czy rośliny ucierpią bardziej od chwastów, czy od pestycydów. Jest jeszcze jedno pytanie, nie mniej ważne od poprzedniego, na które też brak odpowiedzi. To pytanie brzmi – Czy pestycydy wpierw wyniszczą chwasty, czy... człowieka?
– Jedno jest już pewne, pestycydy szkodzą bardziej człowiekowi, niż chwastom.
Dla wielu lekarzy podstawowym problemem jest choroba, nie pacjent. A jak Pan traktuje pacjenta?
– Teraz Pana zaskoczę, ale dla mnie pacjent sam nie jest ważny. Przez cały proces leczenia patrzę na pacjenta poprzez środowisko, w którym on żyje. Jak mieszka, jak się odżywia, jak i gdzie pracuje, itd. itd. To są moje podstawowe, pierwsze pytania. Dopiero w oparciu o to rozpoznanie ogólne, mogę przejść do spraw bardziej szczegółowych. I dla mnie jest bardzo ważne, żeby pacjent od pierwszej chwili dobrze mnie zrozumiał i współpracował ze mną. Nawet powiem więcej, i tu znowu się spotykają nasze poglądy, bo dla mnie potrzebna jest współpraca całej rodziny. Tak naprawdę, lecząc jedną konkretną osobę, powiedzmy małe dziecko, proponuję zmiany, które właściwie dotyczą całej rodziny. Jeśli proponuję zmianę diety, to zachęcam, aby i inni członkowie rodziny też uczestniczyli w tych  zmianach. Jeśli proponuję założenie filtrów do wody, bo ich nie ma jeszcze w danym mieszkaniu, to cała rodzina na tym zyskuje i z tego korzysta. Tak, że można powiedzieć bez przesady, że lecząc jedną osobę pomagam całej rodzinie.
Zaraz, zaraz, przecież to oznacza, że Pan właściwie jest lekarzem rodzinnym. To Panu powinien przysługiwać ten tytuł – family physician, bo Pan w pełnym tego słowa znaczeniu leczy całą rodzinę. Tu widać również wielką różnicę pomiędzy medycyną środowiskową a medycyną nienaturalną. A zatem, może powinien Pan brać za wizytę, czy poradę, nie stawki osobowe, ale jakieś ‘stawki rodzinne’?
– To może i dobry pomysł, ale nie wydaje mi się realny.
– Czy Pan ma więcej pacjentów dorosłych, czy dzieci?
Ja myślę, że jest tak fifty-fifty. Ale znowu trzeba pamiętać o tym, co powiedziałem przed chwilą. Chociaż wizyta może dotyczyć jednej osoby, to jej konsekwencje obejmują zazwyczaj całą rodzinę. A nawet nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że służę także i przyszłym generacjom.
Jednym z najważniejszych problemów jest dla mnie zdrowie kobiety, kobiety-matki. Jeśli chcemy, co Pan tak mocno podkreśla w swojej książce, dokonać istotnego postępu w zakresie zdrowia całego społeczeństwa, to ten proces musimy zacząć nawet nie od dzieci, ale od matek. Do Pana haseł dodam jeszcze jedno hasło:
Aby dzieci były zdrowe, ich matki muszą być zdrowe.
Kobieta, która myśli o poczęciu zdrowego dziecka powinna być do tego niezwykle starannie i poważnie przygotowana. Tutaj już jeszcze przed poczęciem zaczyna się zapobieganie chorobom dziecka. Kobieta, która zamierza mieć dziecko nie może palić. Nie może pracować i przebywać w miejscach toksycznych. Jej mieszkanie nie powinno zawierać substancji toksycznych. Jej całe otoczenie powinno być specjalnie czyste i zadbane, głównie po to, aby na świat przyszło zdrowe dziecko. Taka kobieta musi się prawidłowo odżywiać, prowadzić prawidłowy tryb życia itd. itd.
Dla kobiet, które chcą tak przygotować się do poczęcia nowego życia, mamy odpowiednie programy, porady, aby im pomóc. Proszę zwrócić uwagę, że jeśli kobieta, często jeszcze za radą swojej matki, czy babci, przygotowuje się do bycia dobrą matką np. poprzez picie codziennie dużej ilości mleka, to jest bardzo prawdopodobne, że jej pociecha może mieć alergię do mleka. Bardzo często błędy w diecie matki, otoczenie, w jakim przebywa w czasie ciąży (miejsce pracy, szkoła czy dom), niewłaściwy tryb życia (mało ruchu, dużo papierosów, kawy, mleka, nieodpowiednie kosmetyki itp.) sprawia, że rodzi się dziecko, które jest alergikiem jeszcze przed urodzeniem.
– Z badań opublikowanych niedawno w Anglii wynika, że w mleku matek wykryto ponad 350 różnego rodzaju ‘zanieczyszczeń’. Substancje te pochodziły m.in. z perfum, olejków do opalania, płynów do czyszczenia, pestycydów (DDT) i zanieczyszczeń przemysłowych. Co więcej, stwierdzono, że 2–miesięczne noworodki wchłaniają z mlekiem matki niezwykle trującą substancję o nazwie dioxin, w stopniu, 42 razy przewyższającym przyjęte dopuszczalne normy.
– Proszę Pana, skoro te trucizny, nazywajmy rzeczy po imieniu, skoro te trucizny znajdują się w powietrzu, w glebie, w wodzie, w pożywieniu, a także w naszych mieszkaniach, ukryte w proszkach do prania, płynach do mycia naczyń, w kosmetykach itd., to czy można się dziwić temu, że znajdują się one również w mleku matki. I dalej, czy możemy się dziwić temu, że już poczęte dziecko narażone jest na wszystkie te trucizny. Ja dziwię się tylko jednej sprawie, że w wielu rodzinach, że wiele matek, nie zdaje sobie w ogóle sprawy z tego, że sami, świadomie lub nie, skracają sobie życie, sobie i swoim dzieciom. Przecież o tym już się dużo wie i można wiele tych trucizn wyeliminować z naszego życia, z naszego środowiska.
– Ale pomimo tak ogromnego zagrożenia dla zdrowia dziecka, zachęca się matki, aby jak najdłużej karmiły piersią swoje dzieci.
Tak powinny to robić tak długo, jak to jest tylko możliwe, bo pokarm matki i tak jest najlepszym pożywieniem i najlepszym lekarstwem dla dziecka. I nie zastąpią go żadne odżywki i żadne lekarstwa. A my wszyscy, a przede wszystkim matki, muszą obudzić się z tego uśpienia i wszelkimi sposobami usuwać trucizny ze środowiska, w którym żyją, głównie ze swoich domów. Bo sama medycyna, nawet naturalna nie będzie w stanie nam pomóc.  
– Trudno w tym miejscu nie zrobić jeszcze jednej uwagi, która widoczna jest gołym okiem. Co na to wszystko istniejący system zdrowia? Ale to już temat na oddzielną rozmowę.

Następny: http://www.eczyzo.com/2016/09/p-dr-jozef-krop-4-z-6.html

No comments:

Post a Comment