Monday, 19 September 2016

„Zdaj sprawę z twego zarządu...” - Homilia o.Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto


25 Niedziela zwykła C

Łk 16, 1-13

Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: „Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą”.
Na to rządca rzekł sam do siebie: „Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mnie ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu”.
Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: „Ile jesteś winien mojemu panu?” Ten odpowiedział: „Sto beczek oliwy”. On mu rzekł: „Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz pięćdziesiąt”. Następnie pytał drugiego: „A ty ile jesteś winien?” Ten odrzekł: „Sto korcy pszenicy”. Mówi mu: „Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt”.
Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła.
Ja także wam powiadam: „Zyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków.
Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?
Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi.
Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. 

                         „Zdaj sprawę z twego zarządu...”

           Alfred Nobel, wynalazca dynamitu, pewnego dnia rano otworzył gazetę i ku swemu zaskoczeniu i zdumieniu zobaczył w niej swój własny nekrolog. Ta niecodzienna sytuacja zaistniała tylko wskutek tego, że francuski reporter przez zwykłą niedbałość pomylił imiona. Zamiast podać informację o śmierci brata, Alberta Nobla, powiadomił czytelników, że umarł Alfred Nobel.
          Jednak mimo wszystko przeczytanie własnego nekrologu było dla Alfreda szokiem. Pierwszy raz w życiu zobaczył siebie samego w takim świetle, w jakim widzieli go inni ludzie. Zobaczył siebie, jako odkrywcę i „króla dynamitu”, który całe swoje życie spędzał na przygotowywaniu narzędzi niosących śmierć i zniszczenie. Tego samego ranka postanowił zmienić swój obraz. Całą swoją fortunę przeznaczył na nagrody dla najzdolniejszych i najwybitniejszych ludzi. Dzięki tej decyzji corocznie przyznawane są nagrody jego imienia w dziedzinie fizyki, chemii, medycyny, literatury i pokoju.
          Nieuczciwy rządca, o którym opowiada Pan Jezus w Ewangelii dzisiejszej niedzieli, uczynił podobnie jak Alfred Nobel. W chwili, kiedy dowiedział się, że jego pan usunie go z zarządu, zaczął na serio myśleć o swojej przyszłości. I nie zasypiał gruszek w popiele; nie odkładał decyzji na jutro. Sprawa była zbyt poważna, by zdawać się na przypadek i liczyć na to, że jakoś to będzie. Natychmiast przywołał dłużników swego pana i darował im część ich długu w nadziei, że kiedy straci pracę, ludzie ci okażą wdzięczność i przyjdą mu z pomocą.
          „Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił”.
Czy znaczy to jednak, że Jezus pochwala korupcję i oszustwo i do niego zachęca? – Absolutnie, nie!
Trzeba nam bowiem pamiętać, że nauczanie przez przypowieści ma charakter specyficzny. Przypowieści nie można w całości, ze wszystkimi szczegółami, przenosić na płaszczyznę nauczania moralnego, ale jedynie na ten aspekt, który opowiadający chciał uwypuklić. I tak, na przykład, kiedy Jezus mówił o królu, który przed wyruszeniem na wojnę przeciwko innemu władcy siada i ocenia własne siły – Ewangelia o tym odczytana była dwa tygodnie temu – wcale nie namawia królów do wojowania. Zaleca jedynie wszystkim, by zawsze mierzyli siły na zamiary. Historia opowiadana w przypowieści ma więc jedynie pomóc w zrozumieniu myśli stanowiącej jej istotę, z pominięciem wszystkich drugorzędnych elementów.
          Tak więc i w przypadku dzisiejszej przypowieści Chrystus chwali rządcę nie za to, że jest oszustem. Nie ma przecież ani słowa o tym, że właściciel się rozmyślił i nie usunął tego człowieka z urzędu. Nie wiemy też czy pochwaliwszy za przebiegłość nie nakazał mu zaraz zwrócić tego wszystkiego, co zarobił nieuczciwymi transakcjami.
Chrystus chwali owego człowieka jedynie za jego roztropność, spryt, zdecydowanie, odwagę, trzeźwość umysłu i inteligencję z jaką wykorzystał swoją aktualną sytuację, aby zapewnić sobie pomyślną przyszłość. Jego zamiarem było bowiem pokazać swoim uczniom, że z taką samą roztropnością, przebiegłością, sprytem i zdecydowaniem winni oni zabiegać o zabezpieczenie sobie przyszłości wiecznej.
          Dzisiaj to samo mówi do nas. Wszyscy bowiem jesteśmy jedynie rządcami. Nawet życie – jak zwykł był mawiać starożytny filozof, Seneka – nikomu nie zostało dane na własność, ale wszyscy jesteśmy jego dzierżawcami. W naszych czasach, owszem, można niejednokrotnie, zwłaszcza z ust ludzi młodych usłyszeć słowa: „To jest moje życie i mogę z nim zrobić, co mi się podoba”. Niestety, to nie jest prawda!  Nasze życie, zdrowie, zdolności, talenty, dobra materialne, a nawet ludzie, którzy nas otaczają, są Bożym darem i Bożą własnością. Któregoś dnia będziemy musieli zdać sprawę z zarządu tymi dobrami przed ich właścicielem, bez względu na to, czy nam się to podoba czy niezupełnie. I niezależnie od tego, co ciszej albo głośniej będziemy wykrzykiwali.
Dla nikogo absolutnie nie jest tajemnicą ile trudu, zabiegów, sprytu, pomysłów, potu i nieprzespanych nocy poświęcają ludzie, by korzystając z Bożych darów ułożyć sobie wygodne życie na ziemi.
Natomiast chrześcijanie, dzieci światłości, oświecone światłem Bożej prawdy, pomimo iż wiedzą czym jest życie i jaka czeka ich przyszłość, żyją tak, jakby wszystko kończyło się na ziemi; niezmiernie mało poświęcają uwagi, troski i serca, by przez chwilowe ziemskie życie zapewnić sobie szczęśliwą przyszłość wieczną.
Czy naprawdę trzeba aż takiego szoku, jakiego doznał Alfred Nobel, gdy przeczytał swój własny nekrolog, by zacząć o tym myśleć poważnie?
          Zdarzyło się, że pewien bogaty człowiek przyszedł do nieba. Święty Piotr, jak wszystkich, prowadzi go na jego miejsce. Przemierzając drogę przechodzą obok wspaniałych pałaców i willi pełnych szczęśliwych mieszkańców. Stopniowo jednak domy stają się coraz skromniejsze i uboższe, aż w końcu dochodzą do lepianek i ruder. Święty Piotr zatrzymuje się przed jedną z nich i mówi do bogacza: „a oto i twój dom”. Człowiek zaczął protestować: „Wnioskuję z tego, że w niebie żyje się gorzej niż na ziemi. Tam bowiem miałem luksusowy dom z wszystkimi możliwymi wygodami”.  
„To prawda – odparł święty Piotr – ale z materiałów, które przekazywałeś z ziemi do nieba, z ledwością udało się nam sklecić tę oto lepiankę, mimo że pracowali najlepsi nasi majstrzy budowlani”.
          To tylko legenda, moi Drodzy, ale jest ona świetną ilustracją do słów Pana Jezusa: „Czyńcie, zdobywajcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby – kiedy wszystko się skończy – przyjęto was do wiecznych przybytków”.
Rządca z Ewangelii nie miał odwagi prosić swego pana o ułaskawienie – dobrze wiedział, że jest winien. Starał się więc szukać przyjaciół pośród dłużników, a zatem ludzi ubogich. Alfred Nobel całą swoją fortunę przeznaczył ludziom, którzy swoją wiedzą, zdolnościami i talentem służą ogólnemu dobru ludzkości.
Od chwili zaś, kiedy Jezus oświadczył jednoznacznie: „byłem głodny, spragniony, nagi, chory, a wyście Mi usłużyli”, nikt nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że służąc człowiekowi znajdującemu się w potrzebie, wyświadcza dobro i pomoc samemu Bogu. Jednocześnie może mieć pewność, że to, co oddał ubogim, zatrzymał sobie na wieczność. Stąd też słuszność miał święty Augustyn, kiedy mówił, że ubodzy są naszymi posłańcami do nieba, bo pomagają nam już teraz przenieść nasze dobra do domu wznoszonego w przyszłym świecie.
          Z drugiej natomiast strony zwróćmy uwagę na groźne ostrzeżenie proroka Amosa zawarte w pierwszym z dzisiejszych czytań mszalnych, a skierowane do tych, którzy wykorzystują ludzi biednych i bogacą się ich kosztem, i do tych, którzy są obojętni na ich niedolę.
Z oskarżeniem Amosa łączy się to, co głosił święty Bazyli z Cezarei: „Chleb, który wam zbywa, jest chlebem tych, którzy cierpią głód. Nieużywane ubrania wiszące w szafie, są ubraniami nagich. Buty, których nie nosicie, są butami bosych”.
Czy my nie mamy nic pod tym względem sobie do zarzucenia?
          Pomyślmy tylko, proszę, o tych ilościach chleba i innych artykułów żywnościowych, które marnują się w naszym domu i najbliższym otoczeniu. Pomyślmy o ubraniach, które zalegają szafy, a nikomu nie służą; o elektryczności zużytej bez potrzeby i benzynie spalonej w czasie bezcelowych przejażdżek; o pieniądzach wydawanych na głupstwa: papierosy, alkohol, kosmetyki, rozrywki.
Zastanówmy się też nad tym, jak wykorzystujemy nasze talenty i zdolności. Czy przypadkiem przez opieszałość i lenistwo nie zaniedbujemy ich pomnażania? Czy korzystamy z nich dla własnego tylko dobra czy umiemy też nimi służyć innym ludziom?
A co z dobrami duchowymi, których Bóg w swojej szczodrobliwości udziela każdemu z nas; co z naszą wiarą, nadzieją i miłością? Rozwijamy je i pogłębiamy czy przeciwnie, dopuszczamy do ich zaniku?
          „Zdaj sprawę z twego zarządu” – to słowa, które pewnego dnia padną pod naszym, pod moim, pod twoim adresem.
Lecz zanim to nastąpi posłuchajmy wyznania pewnego chorego człowieka.
„Nie ma ksiądz wyobrażenia – mówił – jak mi teraz doskwiera każdy źle przeżyty dzień mojej przeszłości. Mam sześćdziesiąt dwa lata i chociaż nie uważam się za jednostkę gorszą od przeciętnego człowieka, to jednak jakiż potworny skład nienajlepszych uczynków, pustych myśli, głupio spędzonych godzin, zmarnowanych dni, zaniedbanych szans, skrzywionych uczuć, zawstydzających przeżyć. Szczerze mówiąc, jakże mało przypomina mi się chwil, z których mógłbym naprawdę być zadowolony w godzinie mojego konania. Gdyby te godniejsze dni i godziny mojego dojrzałego życia ścisnąć w całość, to zebrałoby się tego może jakieś dwa lata, nie więcej. Żyć naprawdę, po Bożemu, tylko dwa lata i umierać... Niech mi ksiądz wierzy, że to bolesne”.
          Alfred Nobel przeczytał swój własny nekrolog i... ocknął się.
Czy jednak istnieje coś, co byłoby zdolne mnie poruszyć i obudzić?

No comments:

Post a Comment