Sunday, 30 October 2016

„Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” – Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto



31 Niedziela zwykła C, Łk 19, 1-10

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, tamtędy bowiem miał przechodzić.
Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”.
Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.
Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.

                         „Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”

          W filmie „Zdobywcy Dzikiego Zachodu” pośród wielu frapujących scen i obrazów przedstawiony jest również taki oto epizod: pewien młody żołnierz z oddziału stacjonującego na terytorium Indian został po raz już któryś z kolei przyłapany na pijaństwie. Kiedy znalazł się przed komisją karną, przewodniczący jej pułkownik powiedział: „Co ja mam z tobą zrobić? Już kilkakrotnie złapano cię na pijaństwie w czasie służby. Za każdym razem zostałeś za to ukarany, lecz ciągle nie widać poprawy z twojej strony. Już naprawdę nie wiem, jak mam z tobą postąpić”.

Wtedy włączył się do sprawy jakiś młody kapitan: – „Czy mógłbym przejrzeć akta tego żołnierza?” – zapytał. Pułkownik, owszem, wyraził zgodę.
Zapoznawszy się pospiesznie, lecz sumiennie z aktami kapitan zauważył: „Jednego jeszcze nie próbowano w odniesieniu do tego żołnierza. Nigdy nie próbowano mu wybaczyć”.
Po krótkiej naradzie z oficerami pułkownik zwrócił się do oskarżonego: „Poprzednio wiele razy byłeś karany za swoje pijaństwo. Tym razem postanowiłem wymazać twoje minione przestępstwa i wybaczyć ci. Jesteś wolny”.
Winowajca nie mógł wprost uwierzyć temu, co usłyszał. Zaskoczony i wzruszony ukrył twarz w dłoniach i ciężkim krokiem opuścił salę. Od tej chwili stał się zupełnie innym człowiekiem. Nie tylko przestał pić, ale okazał się też być jednym z najlepszych i najbardziej zaufanych żołnierzy. Stopniowo także coraz wyżej awansował.
          Pomówmy jednak o nas samych, moi Drodzy, o nas i o naszych związkach z Bogiem. Jesteśmy przecież ludźmi wierzącymi. Fakt ten nie budzi najmniejszych wątpliwości. Już sama nasza obecność w kościele jest tego wymownym znakiem i najpewniejszym świadectwem. Istotnie! My wierzymy w Boga, w Matkę Najświętszą, w Kościół Chrystusowy..., jak najbardziej.
Z drugiej jednak strony ten, kto uważnie obserwuje życie, bez większego trudu może stwierdzić, że nasza wiara, nasza religijność – wraz z modlitwą, Mszą świętą i innymi praktykami – jest anemiczna, mdła, bez wyrazu, zimna sztywna, skostniała, pozbawiona rumieńców życia, że często bardziej bywa podobna do szyldu, naklejki, etykietki niż do żywej rzeczywistości zdolnej pobudzać nas do czynu. Dlaczego? Dlaczego tak właśnie bywa?
          A dlaczego, moi Drodzy, dzieci w sierocińcach są niemrawe, nieporadne, ospałe, zalęknione, zagubione, nieszczęśliwe, podobniejsze często do tresowanych zwierzątek niż normalnych dzieci? Przecież są zadbane, przecież mają podobno wszystko, co jest potrzebne do życia... Owszem, mają wszystko, oprócz czułości, serdeczności, miłości, której na próżno szukają. Mają wszystko, żeby wegetować, ale zdecydowanie za mało do tego, by po ludzku żyć.
          Dlaczego wielu młodych ludzi popełnia samobójstwo albo usiłuje je popełnić?  – Przeczytajmy, proszę, ich wyznania: jak refren w piosence powtarza się tam skarga mająca usprawiedliwić ich rozpaczliwy i nierozważny krok: „czułem się jak martwy, bezużyteczny przedmiot, którego nikt nie kocha i nikt nie potrzebuje”. Bez miłości nie ma życia. Jedynie wegetacja jest bez niej możliwa.
          Otóż naszemu życiu religijnemu brakuje miłości i właśnie wskutek tego jest ono niemrawe, anemiczne, bez wyrazu, na pół niewolnicze.
A mówiąc ściślej brakuje nam przekonania, przeświadczenia o tym, że jesteśmy przedmiotem miłości, że Pan Bóg nas kocha, wszystkich, ale co ważniejsze – każdego i każdą z osobna i to pełnią swojej miłości. Tymczasem właśnie owa Boża miłość jest podstawową zasadą naszej wiary i jedyną racją naszego istnienia. Bóg, bowiem stwarza tylko to, co kocha i stwarza tak, jak kocha – jak czytaliśmy dzisiaj w Księdze Mądrości – gdyby zaś czegoś nie kochał, nie powoływałby do istnienia.
Kłopot wszakże w tym, że zaaferowani sprawami dnia powszedniego, pochłonięci robieniem kariery i realizowaniem życiowego sukcesu, oślepieni złudnymi ognikami dóbr materialnych, nie zwracamy na tę miłość uwagi, tracimy ją z pola widzenia i kręgu naszych zainteresowań, podobnie jak Zacheusz z dzisiejszej Ewangelii.
Różnica polega na tym, że Zacheuszowi przytrafiła się niespodziewana łaska: spotkał Pana Jezusa, a raczej to Jezus odnalazł jego, wypatrzył na przydrożnym drzewie i przynaglił do zejścia: „zejdź szybko, gdyż dzisiaj muszę się zatrzymać w twoim domu”.
Takiego obrotu spraw Zacheusz nie przewidział, takiej łaski się nie spodziewał, na takie wyróżnienie nie liczył. Wiedział wszak, że wszyscy nim gardzili, jako publicznym grzesznikiem, człowiekiem napiętnowanym. Zrozumiał jednak ten gest właściwie, uwierzył, że ktoś go jeszcze zauważa i szanuje, że komuś na nim zależy. Reakcja była natychmiastowa: „Panie, połowę moich dóbr oddaję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. 
– Oszalał?  – Zwariował?  – Nie! Odnalazł miłość! Poczuł się kochanym. I odpowiedział tak, jak jest to właściwe dla miłości, a więc entuzjastycznie i bez wyrachowania. Podobnie jak kobieta cudzołożna z Ewangelii, której wiele wybaczono i dlatego bardzo umiłowała; podobnie jak wspomniany na początku żołnierz, któremu raz okazano serce i zrozumienie.
Przy sposobności warto zauważyć, że ludzie zwykle mówią, iż miłość jest ślepa. W rzeczywistości jedynie ona widzi dobrze, bo zauważa rzeczy, które wymykają się spojrzeniu obojętnemu, potrafi dostrzec światło, piękno i dobro tam, gdzie inni widzą tylko ciemność i błoto.
Ale Zacheusz dokonał przy tym jeszcze jednego zadziwiającego odkrycia, mianowicie, że jego dom, dom grzesznego człowieka jest domem Boga. Bóg nie ma własnego domu; przychodzi do domu człowieka: „Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.
          Co wszakże warte jest uwagi i podkreślenia to fakt, że owa niezwykła łaska nie jest zarezerwowana samemu tylko Zacheuszowi. Może być także twoim i moim udziałem. Twój i mój dom, dom, w którym mieszkam, pracuję, jem, kocham i cierpię, może być także domem Boga. Pod warunkiem, że jest to naprawdę mój dom, że jestem w nim obecny. Bo jeśli tylko od świtu do nocy powtarzam: „to jest mój dom i dom Pana”, ale mnie w nim nie ma, gdyż mój duch jest gdzie indziej i błąka się po domu bliźniego zazdroszcząc mu jego mebli, żony, jego chleba, wina, jego pracy, osiągnięć i jego odpoczynku, wówczas oszukuję samego siebie, jako że nie jestem w domu Pana, lecz przebywam w jaskini zbójców. 
I do mojego domu Jezus pragnie wnieść zbawienie, tak jak je wniósł do domu Zacheusza. Czy potrafię je przyjąć? Czy potrafię odpowiedzieć na nie wdzięcznością i miłością?: „oto połowę moich dóbr oddaję...”
A może nie chodzi już nawet o dobra materialne, może raczej idzie o to, by zauważyć i przyjąć człowieka, jak Bóg dostrzega i przyjmuje nas, jak przyjmuje ciebie i mnie?
Bowiem nieszczęściem naszych dni jest to, iż często nie potrafimy zaakceptować ludzi takimi, jacy są. Mimo, że sami jesteśmy bardzo dalecy od doskonałości i nikt z nas nie jest chodzącym ideałem, chcemy siłą wtłoczyć ich w nasze schematy, wymodelować według naszych pojęć i wzorców. A jeśli się to nie udaje, tym gorzej dla nich. My sumienie mamy spokojne. Postawiliśmy jednoznaczną, choć bolesną diagnozę: stracony bezpowrotnie, nic nie da się zrobić.
          A tymczasem należałoby zrobić coś bardzo prostego, mianowicie: zatrzymać się jak Chrystus przy Zacheuszu. W każdym człowieku, nawet najbardziej niemiłym i odpychającym, ukryty jest zakątek niewinności, coś czystego, nietkniętego, coś, co pozostało w nim z dzieciństwa. W każdym człowieku istnieje wizerunek Boga. Często wizerunek ten zostaje zatarty, oszpecony, doznaje poważnych szkód, bywa przysłonięty ogromem ludzkich słabości, przywalony twardą skorupą zła. Ale każdy, kto stał się uczniem Chrystusa, kto przez Jego śmierć i zmartwychwstanie odzyskał utracony obraz Bożego dziecka na swojej duszy, ma obowiązek odnajdywać ten wizerunek w drugim człowieku. Musi go ożywić, wynieść na światło, pozwolić, by zajaśniał pełnym blaskiem.
Dlatego stale muszę pamiętać, że w moim mężu pijaku, w mojej rozwiedzionej albo często zamroczonej narkotykami córce, w moim synu, który wyrzekł się wiary, w moim sąsiedzie innego koloru skóry i przekonań, gdzieś na dnie duszy, w jej najtajniejszych zakamarkach drzemie Bóg. I tylko Bóg zdolny jest go obudzić, Bóg, który idzie pod osłoną mojej uwagi, troski, dobroci, życzliwości, serdeczności, uśmiechu, gestu wyciągniętej ręki, Bóg ukryty w znaku mojej miłości. Właśnie mnie wybrał On i przeznaczył na apostoła, zwiastuna swojej nieskończonej dobroci i miłosierdzia.
          Niestety, nie wszyscy z nas dorastają do wysokości zadania. Niektórzy gotowi są kochać, ale tylko dobrych, uprzejmych, miłych i sympatycznych, słowem spełniających takie albo inne wymagania i warunki. Dostrzegając Zacheusza na przydrożnym drzewie zostawiają go tam, by... dojrzał, by nabrał oczekiwanych i pożądanych cech. Wtedy ewentualnie będzie można z nim pomówić. Inaczej, niech na zawsze pozostanie grzesznikiem!

          A gdybym to ja sam był Zacheuszem, pominiętym, zapomnianym, nikomu niepotrzebnym, pozostawionym własnemu swojemu losowi?

No comments:

Post a Comment