Monday, 10 October 2016

„Za wszystko dziękujcie Bogu, taka bowiem jest wola Boża względem was w Jezusie Chrystusie” – homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto



28 Niedziela zwykła C, Łk 17, 11-19

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”.
Na ich widok rzekł do nich: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”. A gdy szli, zostali oczyszczeni.
Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin.
Jezus zaś rzekł: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec”.
Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”.

               „Za wszystko dziękujcie Bogu, taka bowiem jest wola Boża względem was w Jezusie Chrystusie”

          Artur Svensson urodził się bez twarzy. A raczej: miał oczy, ale poniżej, w miejscu, gdzie powinien znajdować się nos, miał tylko dwa małe otworki. Głos i śmiech nie były mu dane – nie miał ust. Lekarz, w wyniku bolesnej operacji, otworzył mu szczelinę, dzięki której mógł jeść i... krzyczeć. Pierwsze wspomnienia Artura to szpitale, eter, bandaże i ból. A później – sierociniec.

Co jakiś czas posyłano go na nowo do szpitala, na jakiś nowy przeszczep skóry, kolejny krok na długiej drodze budowy ludzkiej twarzy.
            Kiedy miał siedem lat przeniesiono go do instytutu dla dzieci, które przeszły chorobę paraliżu dziecięcego. Ten mały światek pełen szczudeł, krzesełek na kółkach i sztucznych kończyn nie był miejscem wesołym, a jednak tam Artur spędził swoje najszczęśliwsze lata, bo cierpiało się tam wspólnie i z wzajemną życzliwością.
          Chłopcy zgromadzeni w tym instytucie byli fanatykami sportu. Każdy z nich wybrał sobie któregoś ze znakomitych sportowców i uważał go za „swojego”. Wycinali ilustracje z gazet, robili albumy ze zdjęciami; każdy utożsamiał się ze swoim ulubionym bohaterem. Nocą, we śnie, zamieniali się w gigantów bieżni i stadionów.
          Artur zobaczył kiedyś w gazecie zdjęcie Svena Bergvista, mistrza hokeja i piłki nożnej, bożyszcze szwedzkiej młodzieży, gdy zdobywa wspaniałego gola. Od tej chwili nie miał wątpliwości, o kim będzie marzył. „To wspaniały człowiek – pomyślał. Z jego twarzy bije dobroć. Muszę być taki jak on”.
Kosztem niesłychanych wysiłków, z uporem i niezłomną wytrwałością zaczął trenować, aby stać się atletą. Miał dopiero siedem lat, ale zaczął kopać piłkę, sam jeden, całymi godzinami. Rozstawiał małą podwójną drabinkę tworząc trójkątną bramkę i kopał, kopał wytrwale, usiłując trafić pomiędzy dwa ramiona trójkąta. Kiedy brakowało mu sił myślał o swoim bohaterze, Svenie, i o tym, czego on musiał dokonać zanim stał się mistrzem.
          Przez pięć lat Artur nosił w duszy płomienny obraz swego bohatera zanim udało mu się zobaczyć go prawdziwego i żywego na stadionie podczas meczu: Szwecja – Finlandia. To był bardzo szczęśliwy i niezapomniany dzień! Ale wkrótce spadł kolejny cios: jako czternastoletni chłopiec Artur musiał opuścić instytut dziecięcy. Umieszczono go w domu poprawczym dla nieletnich przestępców, bo innego miejsca nie znaleziono. To miał być odtąd jego dom. Ale dla niego było to piekło. Młodzi przestępcy szydzili z niego bez litości i Artur czuł się tam okropnie nieszczęśliwy.
          Zabrano go znowu do szpitala na kolejną serię zabiegów. Samotny i opuszczony, wśród cierpień fizycznych i pełen smutku, napisał list do człowieka, który od tylu już lat żył w jego duszy: „Piszę do pana ze szpitala. Jestem tu od pięciu miesięcy i przeszedłem wiele operacji. Widziałem jak pan grał z Finlandią. Podobno, kiedy byłem uśpiony eterem wciąż powtarzałem pana imię. Proszę, niech mnie pan odwiedzi”.
          Jednakże Sven Bergvist był w tym czasie bardzo zajęty, o czym chłopiec – oczywiście – nie wiedział i odłożył list na całe dwa tygodnie. Artur w tym okresie zdążył wrócić do szkoły, której nie lubił i której bał się. Godzinami przesiadywał na skałach nad jeziorem rozmyślając, że lepiej byłoby umrzeć. Jego smutek pogłębiał jeszcze fakt, że Sven nie odpowiedział na jego list.
Któregoś dnia klęczał nad brzegiem jeziora. Modlił się z oczyma pełnymi łez: „O, Panie, daj mi umrzeć, tu, zaraz... Błagam Cię, nie każ mi wracać do tych okropnych chłopców...” Nagle usłyszał wołanie: „Artur..., Artur..., telefon!” „Telefon? Do tej pory nikt jeszcze do mnie nie dzwonił...”
To był Sven Bergvist. „Jutro do ciebie przyjadę” – powiedział.
Nazajutrz po południu, w błękitnym kostiumie olimpijczyka, z dużym pudłem słodyczy i owoców pod pachą, stanął w pokoiku Artura. Ten rzucił mu się na szyję, objął ramionami i wybuchnął płaczem. Później mu opowiedział długie dzieje swoich nieszczęść. Sven słuchał uważnie, a potem mówił do niego, w swój żywy i wcale nie sentymentalny sposób. Kończąc zaś dodał: „Wiesz, to nawet lepiej, że ciosy spadają teraz, kiedy jesteś młody, niż miałyby spaść później. Jak się nauczysz walczyć i zwyciężać za młodu, to już zawsze będziesz to umiał”.
Od tego dnia Sven stał się najbliższym przyjacielem, niemalże starszym bratem Artura. Organizował dalsze jego leczenie. A koledzy ze szkoły widząc, że ma takiego przyjaciela zmienili swoje nastawienie do niego. Dziś Artur jest już dorosły. Pracuje. A kiedy przegląda się w lustrze widzi, że 39 operacji, które przeszedł, jednak się na coś przydały.
          Lecz co wspólnego ma to z wdzięcznością?
          Otóż to właśnie, że Artur będąc wdzięczny Panu Bogu, który nie zapomina nawet o najżałośniejszych i najbrzydszych spośród istot przez siebie stworzonych, a który nie lubi dokonywać cudów tam, gdzie może się posłużyć swoimi stworzeniami, wdzięczny za to, że w najczarniejszej niedoli posłał mu anioła w osobie Svena, założył instytut, w którym zgromadził wielu takich chłopców, jakim sam był kiedyś: odrzuconych, przez nikogo niekochanych, niepotrzebnych nikomu, i niemających ani sił ani odwagi, żeby wejść w życie, podjąć jego trud. Im postanowił poświęcić wszystkie swoje siły, całe swoje życie.
Wdzięczny zaś Svenowi uczy ich tego, czego sam od niego się nauczył: „że nie należy bać się cierpienia; że trzeba walczyć z przeciwnościami, trudnościami i własną słabością mając nieugiętą wolę zwycięstwa, żeby dzięki temu i sobie i innym stworzyć w miarę szczęśliwe życie”.
          My, moi Drodzy, w przeciwieństwie do Artura, urodziliśmy się z twarzą.
Ileż wszakże razy przez własną lekkomyślność i głupotę tę twarz tracimy i zamiast promiennego oblicza Bożego dziecka nosimy szkaradną maskę synów buntu i ciemności?
Ile razy sprowadzamy trąd grzechu na swoją duszę skazując ją na śmierć wiekuistą?
A Pan Bóg ciągle na nowo, z miłością i miłosierdziem, przywraca nam twarz i obdarza życiem. Czy jesteśmy Mu za to wdzięczni? Czy wdzięczność jest naturalnym odruchem i najgłębszą potrzebą naszego serca?
          Syryjczyk Naaman, poganin, z wdzięczności za uzdrowienie z trądu, zabrał trochę ziemi izraelskiej do swego kraju, bo uważał, że tylko na tej ziemi można składać ofiary i wielbić Boga prawdziwego, on zaś żadnym innym bożkom nie miał zamiaru już służyć.
          Uzdrowiony Samarytanin nie poszedł do kapłanów, ale wrócił do Jezusa, by w Nim oddać chwałę Bogu, który zechciał oczyścić go z trądu, upadł na twarz do nóg Jezusa i dziękował Mu.
Czy my potrafimy być wdzięczni czy przeciwnie – jak dziewięciu pozostałych trędowatych – uważamy, że nie mamy potrzeby dziękować, że wszystko się nam, po prostu, należy?
Co więcej, że mamy prawo mieć żal i pretensje, jeśli coś nie jest po naszej myśli, jeśli spotyka nas coś, co nie odpowiada naszym planom i aspiracjom, coś, co kładzie się w poprzek drogi do naszego osobistego sukcesu, jaki sobie zamierzyliśmy albo wymarzyliśmy?   
          Tymczasem wszystko, co posiadamy i wszystko, co nas otacza i spotyka jest niezasłużonym darem. Nieocenionym darem jest życie, którego nie jesteśmy w stanie powiększyć ani przedłużyć. Wystarczy, że Pan Bóg odbierze nam oddech albo wstrzyma pracę serca, a już nasze rządy na ziemi są skończone.
Darem jest uroda i wszystkie nasze zdolności; słońce i gwiazdy na niebie, deszcz i wiatr, upały i chłody, majestat gór i bezmiar oceanu, śpiew ptaków, barwy kwiatów i motyli.
Darem jest także drugi człowiek i jego troska o nas, praca, którą wykonuje dla naszego dobra, ale również jego niechęć względem nas i zagniewanie, a nawet to, że czasem wpędza nas w stres, bo któż wie czy nie z woli Bożej i nie po to właśnie, byśmy się otrząsnęli, zreflektowali i zastanowili nad sobą, i przez niemądrą pychę i zaślepienie nie utracili skarbów nieprzemijających?
Szczytem natomiast i ukoronowaniem wszystkich darów jest udział w wiekuistym życiu Boga, obiecany nam przez Ojca, a wysłużony przez mękę i śmierć Chrystusa na krzyżu i Jego zmartwychwstanie, czego pamiątkę i uobecnienie przeżywamy i celebrujemy w każdej Mszy świętej.
Czy jednak pamiętamy, że Msza święta, zwana też Eucharystią, jest dziękczynieniem, wielkim dziękczynieniem składanym Panu Bogu za wszystkie Jego dary i dobrodziejstwa?
W języku greckim od starożytności do dnia dzisiejszego „efkaristo” znaczy „dziękuję”. Czy bierzemy udział we Mszy, by wyrazić naszą wdzięczność szczerym sercem czy raczej traktujemy ją, jako uciążliwy, niezrozumiały i zasadniczo zbędny obowiązek?
          Czy jesteśmy wdzięczni ludziom, ludziom, których Pan Bóg w ten czy inny sposób stawia na naszej drodze, by świadczyli nam dobro w Jego imieniu?
Czy z wdzięczności staramy się służyć innym naszym braciom i siostrom w człowieczeństwie tym dobrem, które każdy z nas otrzymał?      
          Zgodnie z obowiązującym w Kanadzie kalendarzem w poniedziałek po drugiej niedzieli października (czyli jutro) obchodzimy Dzień Dziękczynienia, dzień wdzięczności, ustanowiony na pamiątkę dobroci Indian, którzy pomogli osadnikom z Europy przeżyć pierwszą, ciężką zimę na tym kontynencie, a który obecnie jest dniem wdzięczności Panu Bogu i ludziom za wszystko dobro, jakie spotyka nas z ich strony.
          Jednakże byłoby wielkim nieporozumieniem i wyrazem bezdennego egoizmu gdybyśmy naszą wdzięczność ograniczyli do tego jednego dnia w roku. W ten sposób potwierdzilibyśmy jedynie prawdziwość bardzo smutnego dwuwiersza:
„Jak się nazywasz, w ogrodzie cnót najrzadszy kwiecie?”
„Nie wiesz?” – „Wdzięcznością zowią mnie na świecie!”
          Dlatego niech to święto rozbudza raczej w naszych sercach wdzięczność nieustanną, abyśmy, stosownie do słów prefacji mszalnej, zawsze i wszędzie składali Bogu dziękczynienie i abyśmy, zgodnie z zachętą świętego Pawła: „czy jecie czy pijecie czy cokolwiek innego czynicie”, robili to w imię Jezusa Chrystusa, dziękując przez Niego Ojcu.
A bądźmy przekonani, że o naszej mądrości i prawdziwej wielkości nic tak wymownie nie świadczy jak właśnie wdzięczność.     

No comments:

Post a Comment