Monday, 12 December 2016

„Bądźcie cierpliwi i wytrwali” – homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto

3 Niedziela Adwentu A, Jk 5, 7-10

Trwajcie cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie.
Nie uskarżajcie się, bracia, jeden na drugiego, byście nie popadli pod sąd. Oto sędzia stoi przed drzwiami. Za przykład wytrwałości i cierpliwości weźcie, bracia, proroków, którzy przemawiali w imię Pańskie.

                         „Bądźcie cierpliwi i wytrwali”

          Ten, kto odwiedza Góry Stołowe w Sudetach na Dolnym Śląsku (o Kordylierach nie mogę mówić, gdyż nie miałem jeszcze sposobności ich poznać), może tam podziwiać naprawdę wspaniałe widoki. Wśród rumowisk skalnych łatwo dostrzec gigantyczne maczugi, olbrzymie grzyby, a przy niezbyt nawet bujnej wyobraźni, kształty mamutów, niedźwiedzi, wielbłądów czy jakichś innych monstrualnych zwierząt.
Patrząc na to niezwykłe muzeum przyrody można się zastanawiać: co za rzeźbiarz i przy pomocy jakich narzędzi dokonał takich arcydzieł?, co za siła pokruszyła i ociosała te potężne bloki skał?

A odpowiedź jest bardzo prosta: jest to dzieło niewielkich strużek wody i maleńkich, wydawałoby się nic nie znaczących, cząsteczek powietrza. Trudno wprost uwierzyć, że właśnie one były głównymi narzędziami obróbki skalnych bloków. A były nimi faktycznie. Trzeba tylko pamiętać, że te niewielkie cząsteczki energii pracowały niestrudzenie przez setki, tysiące, a – jeśli wierzyć naukowcom – nawet miliony lat. I właśnie ta ich wytrwałość stanowi potężną siłę rozsadzającą twarde kamienie i nadającą im podziwiane przez nas fantastyczne kształty.
          Jednakże nie tylko w przypadku skał ukazuje się potęga wytrwałości. W życiu człowieka – również . Ot, choćby wziąć dla przykładu sportowców. Przecież to nie wystarczy wyjść na boisko czy stadion, skoczyć, rzucić dyskiem albo oszczepem, podnieść sztangę, przebiec określoną ilość metrów i natychmiast cieszyć się wspaniałymi rezultatami. Zanim będą piękne wyniki, a może nawet rekordy, trzeba wielu tygodni, miesięcy, niejednokrotnie kilku lat trudu, wyrzeczeń, a przede wszystkim ćwiczeń, prowadzonych systematycznie, cierpliwie i wytrwale.
Podobnie jest w życiu wielkich muzyków, plastyków i innych artystów oraz wszędzie tam, gdzie chodzi o rzeczy wielkie, piękne, wzniosłe – godne ludzkiego starania i wysiłku.
          Kiedyś, po jednym z koncertów powiedział ktoś Ignacemu Paderewskiemu: „Pan jest geniuszem”. Artysta mu wtedy odpowiedział: „Proszę pana, na mój geniusz składa się dziewięćdziesiąt pięć procent trudnej, wytrwałej pracy i może jakieś pięć procent talentu”.
          Ten sam Paderewski miał już ponad siedemdziesiąt lat, gdy dotknął go paraliż lewej połowy ciała. Dzięki zdobyczom medycyny postęp choroby powstrzymano, lecz lewa ręka pozostawała drętwa – o graniu zatem nie mogło być mowy. Tymczasem Paderewski postanowił, że musi grać, że musi swoją rękę uczynić zdolną do ruchu. I tak długo pracował, tak długo mocował się z zastojem nerwów i mięśni aż uznał, że może znowu koncertować z pełnym powodzeniem.
Oto, do czego zdolny jest człowiek, który ma jasno określony cel i wytrwale dąży do jego osiągnięcia.
          Jeżeli jednak ktokolwiek to przede wszystkim każda i każdy z nas, my, moi Drodzy, którzy uważamy się za ludzi wierzących, mamy jasno wytknięty cel. Celem tym jest niebo, czyli życie bez końca  w wiekuistym domu Ojca, życie w miłości z Bogiem oraz w przyjaźni i braterstwie z ludźmi, to życie, które wysłużył nam Jezus Chrystus przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. To właśnie dlatego, by umożliwić nam jego osiągnięcie On, będąc Bogiem, stał się Człowiekiem podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu. I to dlatego Jego poprzednik, Jan Chrzciciel, który czuł się odpowiedzialny przed Bogiem za przygotowanie ludzi na Jego przyjście, z taką żarliwością i zatroskaniem wypytywał czy to rzeczywiście On jest tym zapowiedzianym i oczekiwanym Zbawicielem obawiając się, byśmy nie zostali po raz któryś z kolei wprowadzeni w błąd przez jakiegoś samozwańczego wybawiciela i obrońcę, i w ten sposób pozbawieni możliwości osiągnięcia swego celu.
Jest sprawą absolutnie pewną, że dojście do wiekuistego zjednoczenia z Bogiem, nie jest kwestią jednego dnia czy nawet roku. To sprawa całego życia. Tymczasem wiemy doskonale, że jak długo pozostajemy na ziemi, nieustannie toczy się w nas mniej lub bardziej wzmożona walka między dobrem a złem i do ostatniej chwili nikt nie ma całkowitej pewności zwycięstwa. Stąd też cierpliwość i wytrwałość jest tu nieodzowna, podobnie zresztą, jak w każdej innej dziedzinie życia. Wiadomo wszak dobrze, że po to, by rano wstać, musimy każdego dnia od nowa podejmować wysiłek; żeby wykonać powierzoną nam pracę i zarobić na utrzymanie rodziny, trzeba co dzień na nowo brać narzędzia do rąk; żeby okazywać miłość drugiemu człowiekowi konieczną jest rzeczą, by dzień po dniu zapominać o sobie i wyrzekać się siebie.
Tak samo też, jeżeli chcemy być wierni Chrystusowi i Jego miłości, jeżeli chcemy zachować żywe pragnienie Jego przyjścia, musimy stale ponawiać swój wybór oraz ciągle na nowo podsycać płomień swojej wiary i rozbudzać tęsknotę.
Nie łudźmy się jednak mniemając, że będzie to łatwe. Rzeczy łatwe dzieją się tylko w bajkach i na filmach. Już w sobie samym każdy z nas napotka wystarczająco dużo słabości, zwątpień i zniechęcenia; a prawdopodobnie wzmogą się one jeszcze bardziej, kiedy spróbujemy porównać się z ludźmi, którym dobrze się wiedzie, którzy potrafili urządzić się w życiu, dorobili się majątku, zdobyli sławę albo zrobili karierę. Dla nikogo zaś chyba nie jest tajemnicą, że pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia w sercu człowieka zawsze utrzymuje korzenie. Wystarczy chwila nieuwagi, mała nieostrożność, a już krzewi się i panoszy.
          Również czasy, w których z Bożej Opatrzności przypadło nam żyć, nie są skłonne do tego, by ułatwić nam drogę do Boga i pomóc do radosnego z Nim zjednoczenia. Raczej chyba przeciwnie.
A chociaż w dobie demokracji, kiedy głosi się praworządność, wolność i tolerancję, męczeństwo za wiarę nikomu nie powinno zagrażać, zbyt pewni siebie chyba być nie możemy. Historia zna już dostatecznie dużo okresów, kiedy szerzono szumne hasła o wolności, równości i braterstwie, a w ich imię płynęły rzeki ludzkiej krwi, i kiedy obiecywano pokój, a w rzeczywistości okazywał się on wiekuistym pokojem cmentarza.
Nikt nie może zagwarantować, że dawne scenariusze w odpowiednio zmienionej i dostosowanej do współczesnej sytuacji formie, się nie powtórzą. Papież, święty Pius X uczył, że Kościół jest nie tylko jeden, święty, powszechny i apostolski, ale też męczeński.
A mimo, że nie tylko publicyści, ale i niektórzy duszpasterze chcący uchodzić za nowoczesnych i postępowych uważają męczenników za fanatyków i fundamentalistów, Chrystus uznaje ich za wiernych swoich świadków i przyjaciół.
Czy my także potrafimy stawać w ich szeregach? Czy bylibyśmy zdolni jak choćby nasi Rodacy ze wschodnich rubieży naszej Ojczyzny stawać w obronie naszej wiary, w obronie Chrystusa i Kościoła?
          Spośród setek i tysięcy bohaterskich ich postaw przypomnę dziś tylko jedną: Słobódkę koło Raszkowa nad Wołodynką, gdzie jest jar Horpyny, o którym pisał Sienkiewicz w „Panu Wołodyjowskim”, należącą dzisiaj do Republiki Naddniestrzańskiej.
Przez długie lata, bo jeszcze w czasie rozbiorów ludzie z tej wioski chodzili do kościoła w Raszkowie. Kiedy jednak za sowietów kościół ten zabrano i nie chciano oddać, ludzie zaczęli się starać o pozwolenie, by mogli zbierać się na modlitwę w domach. Po wielu latach próśb i oczekiwań pozwolenie takie otrzymali. W pewnej wszakże chwili doszli do wniosku, że w domu jest zbyt mało miejsca, że potrzebny im kościół. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy nic jeszcze nie zapowiadało zmian, zaczęli go budować. Musieli wszakże pracować w kołchozie. W dzień więc pracowali, a w nocy szli na budowę.
Nie pozwalano im zwozić kamienia i materiałów budowlanych, rozrzucali więc je po polach wokół wioski, a babcie emerytki, z laską lub sękatym kijem w ręku i z workiem przerzuconym przez ramię zbierały te kamienie i przynosiły na plac budowy. Kiedy jechała milicja, mężczyźni uciekali w rosnącą w pobliżu kukurydzę, a staruszki wchodziły na rusztowanie i udawały, że budują. Inne kładły się na drogę w błoto wołając: „jedźcie po nas”.
Jakiś monter wszedł na słup, by odciąć im światło, a kobieta chwyciwszy siekierę zaczęła rąbać ten słup mówiąc: „zaraz zlecisz razem z tym słupem”.
Wzywano ich do sądów, grożono więzieniem, szpitalem psychiatrycznym, nakładano kary pieniężne. Nic nie pomogło. Karę zapłacili, kościół wybudowali.
25 listopada 1977 roku wezwano ich do rejonu. „Przyjedźcie – głosiło zawiadomienie – zarejestrujemy wam parafię”. Pojechali. Na wsi zostało kilkanaście starszych kobiet. Lecz władza ich oszukała. Dzieci na cały dzień zamknięto w szkole. Kilka kobiet wpakowano do karetki pogotowia, wywieziono daleko w pole i wyrzuciwszy na środku drogi, bose – a były już przymrozki – obstawiono milicją nie pozwalając nikomu ich zabrać. Jednocześnie z całego rejonu ściągnięto traktory i spychacze. Za jeden dzień rozwalono wszystko. Nie został kamień na kamieniu. W kościele był już Najświętszy Sakrament. Wszystko z wnętrza wywieziono i wyrzucono w Katerynówce w końskiej stajni. Dla wioski był to dzień ogólnego płaczu i żałoby. Ale nie trwało to długo. Ludzie zebrali się znowu; kto miał deskę, kto cegłę, kto kawałek eternitu, spieszył na plac kościelny. Przez noc wybudowali szałas i już od rana śpiewali „Godzinki”. Przyjechała milicja i rozwaliła to wszystko. Na drugą noc to samo. I tak przez dziesięć lat trwała ta przepychanka. W końcu Zinajda Sajewska, jedna z parafianek, ofiarowała ludziom swój dom. Pod pretekstem remontu trochę go podwyższono i kawałek dobudowano. Później powiększano go jeszcze kilka razy.
W pewnym momencie władze zorientowały się, co się dzieje, wezwały Zinajdę pytając: „co ty robisz?” „Kościół buduję – odpowiedziała – a wy spróbujcie tylko mi go rozwalić! Myśmy do Moskwy już jeździli, drogę znamy!” A faktem jest, że nawet urządzali głodówki na Placu Czerwonym. Tak więc kościół mają, i mają też księdza, z wioski zaś pochodzi około dwudziestu kapłanów i sióstr zakonnych.
„A czy oni wtedy modlili się po polsku?” – zapytał ktoś księdza proboszcza.  – „Jak to wtedy? – odrzekł – oni do dzisiaj modlą się tylko po polsku”.
          Nam, w Kanadzie, prześladowanie z powodu przekonań i utrudnianie praktyk religijnych oficjalnie nie zagraża. Ale przecież można grzecznie, w sposób pozornie kulturalny, niejako w białych rękawiczkach, co w rzeczywistości jest bardziej perfidne niż praktyki stosowane w czasach komunistycznej ideologii, bo zakamuflowane i podstępne, zabić Boga w ludzkim sercu i sprowadzić człowieka na bezdroża życia. Wystarczy rozbudzić w nim podejrzliwość, wystarczy wsączyć odrobinę jadu nieufności i zwątpienia, zasiać wątpliwości i zaproponować życiową łatwiznę. Środki społecznego przekazu: prasa, radio, telewizja, film, a ściśle mówiąc ludzie, którzy nimi kierują są w tym względzie bezbłędni. Lecz jakże ogromna jest różnica między postawą choćby mieszkańców Słobódki Raszkowskiej a postawą kogoś, kto w internecie czyni takie oto wyznanie: „Starzy zanieśli mnie w beciku do kościoła, nie miałem nic do gadania. Czarny polał mnie jakąś cieczą, wybełkotał jakieś hokus-pokus, a teraz muszę nabijać klechom statystykę”.
Czy ktoś taki zna smak wiary? Czy wie, po co żyje i zdaje sobie sprawę, że ten świat to jeszcze nie wszystko, co przeznaczone jest człowiekowi?
          Jeśli więc ja sam nie chcę przegrać życia, jeśli nie mam ochoty znaleźć się po stronie pokonanych, muszę uważać, by nie stracić z oczu wytkniętego sobie celu, jak nierozsądny wędrowiec, który, urzeczony widokiem ukwieconej łąki i pięknem krajobrazu, zapomniał dokąd zdąża. Nie mogę rozmieniać się na drobne usiłując zdobyć trochę krótkotrwałych, ulotnych przyjemności. Nie mogę pozwolić, by ktoś mnie zatrzymał i odwiódł od obranej drogi. I to właśnie dlatego muszę być wytrwały i konsekwentny, jako że ten, kto rękę przykłada do pługa, a ogląda się wstecz, nie nadaje się do  Królestwa Bożego.
          Trzeba mi wszakże pamiętać, że gdyby się zdarzyło, iż mimo najlepszych chęci i wszystkich wysiłków sprzeniewierzę się Bogu i sobie, przegram, upadnę, stanę się winnym grzechu – raz, drugi, piąty i setny...  – bo i z taką możliwością należy się liczyć, gdyż nie jestem aniołem, lecz tylko słabym człowiekiem, szatańskie zaś pokusy nawet Chrystusowi nie zostały oszczędzone – zresztą pokusy muszą przychodzić, inaczej przecież nie byłoby okazji do zwycięstw – gdybym jednak im uległ i upadł – nie wolno mi się załamać, zniechęcić, zrezygnować.
Cierpliwie i wytrwale muszę się podnosić, cierpliwie i wytrwale trzeba mi zaczynać od nowa. Bo tylko przez ciągłe próby, przez ciągle na nowo podejmowany wysiłek, przez ustawiczne zwyciężanie samego siebie mogę dojść do wprawy w dobrym tak, jak sportowiec w swojej dyscyplinie, jak muzyk, pisarz, malarz w swojej sztuce, gdyż moc doskonali się właśnie przez słabości i wśród słabości. Jezus zaś zapewnia: „Przez cierpliwość i wytrwałość waszą ocalicie wasze dusze”. Jeżeli będę Mu posłuszny, z pewnością któregoś dnia będę mógł jako własne powtórzyć słowa świętego Pawła: „Do końca potykałem się należycie, do mety dobiegłem, wiary dochowałem. Teraz czeka mnie wieniec sprawiedliwości, który Pan, sędzia sprawiedliwy, wręczy i mnie i tym wszystkim, którzy z miłością wyczekiwali Jego przyjścia” (por. 2 Tym 4, 7 n).
A przecież właśnie o to i mnie samemu i nam wszystkim chodzi.

Czyż nieprawda?  

No comments:

Post a Comment