Monday, 20 February 2017

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół” – Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto

7 Niedziela zwykła A

Mt 5, 38-48

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził”. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.
Jeżeli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”.

         „Miłujcie waszych nieprzyjaciół”

          Biblijny Lamek, którego imię wymienia Księga Rodzaju, potomek Kaina, przechwalał się niegdyś mówiąc: „Gotów jestem zabić człowieka dorosłego, jeśli ten mnie zrani, i dziecko – jeśli mi zrobi siniec. Jeżeli Kain miał być pomszczony siedmiokrotnie, to Lamek siedemdziesiąt siedem razy” (Rdz 4, 23 b – 24).
          W porównaniu z tą nienasyconą i dziką żądzą wywierania zemsty za doznaną krzywdę przepis, jaki Mojżesz dał Izraelitom po wyjściu z Egiptu, był już ogromnym złagodzeniem obyczajów. A zezwalał on im, by za odebrane życie można było żądać życia winowajcy, oka za oko i zęba za ząb.
Podobne prawodawstwo zawarte było także w pochodzącym z osiemnastego wieku przed Chrystusem słynnym kodeksie Hammurabiego, współczesnego Abrahamowi władcy Mezopotamii. Spotykamy je również u wielu innych narodów Starożytnego Wschodu. A oparte ono było na sprawiedliwej zasadzie, że kara powinna być proporcjonalna do winy.

          Wydając taki nakaz Bóg dawał jasno do zrozumienia, że nie pozwala, by za wyłupione oko albo wybity ząb człowiekowi, który wyrządził krzywdę wyłupywano przez zemstę obydwa oczy albo wybijano całą szczękę; że zabrania, by za zabójstwo jednego z członków rodziny mordowano całą rodzinę lub ród tego, kto dopuścił się zbrodni.
          Jakkolwiek przepis ten mimo wszystko wydaje się nam być ogromnie surowy i twardy musimy pamiętać, że Izrael był w owym czasie narodem brutalnym i prymitywnym, narodem, który dopiero co wyszedł ze stanu niewolnictwa i dlatego Bóg Mojżesza nie mógł żądać od niego więcej.
          O wiele dalej poszedł Bóg w swoich wymaganiach w Nowym Testamencie – przez Jezusa Chrystusa – jak to słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii. Tutaj żąda, po prostu, całkowitego zaniechania myśli o zemście: „Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące”. Co więcej, nakazuje miłość nieprzyjaciół: „Powiadam wam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”.
          A tymczasem przyznać trzeba, że wszyscy mamy zakorzeniony w sobie zwyczaj oddawania ciosu za cios i wetu za wet, odpłacania za doznaną krzywdę taką samą krzywdą, a nawet – mimo że mija już dwadzieścia wieków od ogłoszenia Dobrej Nowiny – z nawiązką, jak w czasach biblijnego Lameka.
Dość wspomnieć wendetę, czyli krwawą zemstę podtrzymywaną ciągle jeszcze w niektórych krajach Europy. Ale i w naszych stosunkach z innymi niejednokrotnie bywa podobnie. To zaś najwymowniej świadczy, że w swoich zwyczajach i życiowych decyzjach nie posunęliśmy się ani o krok do przodu, chociaż jesteśmy ochrzczeni, chociaż teoretycznie należymy do Chrystusa. Ciągle bowiem stwarzamy i podtrzymujemy błędne koła naszych nudnych kłótni, urazów i zawziętości, w których drepczemy i kręcimy się uparcie, z gorliwością wartą naprawdę lepszej sprawy.
Czy jednak może się dokonać jakikolwiek postęp, jeśli uporczywie i niezmiennie będziemy trwać na tych samych pozycjach?
          Ojciec Jolif w swojej książce „Po co wojna?” zauważa, że dopóki ludzie będą sądzić, iż stosunki między nimi muszą być oparte na sile, dopóty historia trwać będzie w stagnacji. Gazety codziennie serwować będą sensacyjne wiadomości, ale w rzeczywistości nie zdarzy się nic nowego. Zwykłe fakty, bez znaczenia, banalne, codzienne: ludzie umierają zmasakrowani. Zupełnie tak samo jak owego wieczoru po pierwszej zbrodni popełnionej przez Kaina.
A Bóg nadal będzie nas pytał: „Czy znowu zabiłeś?”
          Istnieje tylko jeden sposób na to, by w starym świecie wydarzyło się coś nowego. Stanie się to wtedy, gdy jeden z dwóch przeciwników zdając sobie sprawę, że naszymi nieprzyjaciółmi nie są ci, którzy nas nienawidzą, lecz ci, których my nienawidzimy, poweźmie cudowną myśl, by zacząć kochać człowieka, który go nie kocha. Stworzy to zupełnie niecodzienną sytuację. Ten bowiem, kto uderzony w policzek oddaje uderzenie, jest tylko echem pierwszego. Jego czyn jest „powtórką” z niezbyt miłej rozrywki. Jednak, jeżeli ktoś nie oddaje, jeżeli przebacza, jeśli kocha, jeśli mówi: „no, bracie, nie bądźmy tacy, to smutne i głupie, chodźmy na słońce, mamy wiele piękniejszych i ważniejszych rzeczy do zrobienia” – stwarza na ziemi coś najzupełniej nieprzewidzianego; sprawia, że wylatuje w powietrze to więzienie, które kłótnia uporczywie wznosiła wokół nich.
          „Błogosławieni miłosierni” – mówił Pan Jezus, błogosławieni, to znaczy szczęśliwi ci, którzy potrafią wychodzić ze stagnacji, z nawyków, które przez całe życie nie pozwalały im wymyślić niczego nowego. Szczęśliwi, którzy potrafią rozsadzać więzienia swojej małości, swoich zadawnionych, a pilnie strzeżonych i troskliwie hodowanych urazów i krzywd.
          Starajmy się więc i my być miłosierni. Próbujmy czynić rzeczy nowe; bądźmy twórczy jak nasz Ojciec niebieski, który sprawia, że Jego słońce wschodzi nad dobrymi i złymi i który zsyła deszcz na sprawiedliwych i grzeszników.
Bóg nie dał się uwięzić przez ludzki grzech. Gdy Adam ukrył się w raju za zasłoną z liści, Bóg nie ukrył się za swoją zasłoną. Zrobił pierwszy krok. Bóg zawsze robi pierwszy krok. „Adamie, gdzie jesteś? Przyjdź, nie stójmy tak, nie dąsajmy się, to nie ma sensu”.
          Odpłacanie miłością za nienawiść jest jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Jest to ideał niezwykle wzniosły i rzeczywiście niezmiernie trudny, ale też jedyny, który w tej dziedzinie jest sensowny. Sytuacje, które my uznajemy za jedynie możliwe do przyjęcia, w rzeczywistości nas zniewalają. Bo cóż znaczy pożyczać komuś, kto odda nam równowartość, uśmiechać się do tego, kto uśmiecha się do nas?
Natomiast uśmiechać się do tego, kto pluje nam w twarz, pomagać temu, kto odwraca się plecami, to istotnie są czyny nowe, prawdziwie wolne i twórcze.
Błogosławieni twórcy pokoju! Błogosławiony, kto nie godzi się na stan wojny, na kłótnie bez końca.
          Nie wątpię, moi Drodzy, że dla wielu z nas wszystko to brzmi jak piękna bajka. Niektórzy stwierdzą, po prostu: „ przecież to jest kazanie i ksiądz tak musi mówić; my wszakże znamy życie i wiemy jak jest naprawdę”.
A może jednak nie wszystko wiemy?
          Francesco Ricciardi był wojującym ateistą. Przez całe życie organizował i prowadził kampanię przeciwko religii w ogóle, a szczególnie przeciw naznaczonemu stygmatami ojcu Pio. Działalność tę ułatwiał mu fakt, że mieszkał kilka kroków od klasztoru kapucynów w San Giovanni Rotondo, w którym mieszkał ojciec Pio. Doktor Ricciardi nazywał ten klasztor gniazdem obskurantyzmu, czyli ciemnoty i szarlatanerii. Ojciec Pio bardzo cierpiał z tego powodu, lecz milczał. Po wielu latach takich agresywnych ataków doktor Ricciardi zachorował. Koledzy lekarze postawili jednogłośnie diagnozę: rak żołądka; na operację za późno!
Któregoś dnia nadeszła wiadomość, że Ricciardi umiera. Koło domu doktora zgromadziło się wielu ludzi. Niektórzy, klęcząc na ulicy, modlili się o jego nawrócenie. Miejscowy duszpasterz, Don Prencipe, zebrał całą odwagę i zapukał do pokoju umierającego, proponując posługę kapłańską.  – Nie chcę żadnych księży!  –  powitał go wściekły krzyk i, żeby odmowa była wyraźniejsza, w stronę księdza poszybował nocny pantofel. Ksiądz jednak, bynajmniej nie zniechęcony tym, nalegał dalej.
– Zostawcie mnie w spokoju!  –  wrzasnął doktor. Tylko ojciec Pio mógłby mnie wyspowiadać. Ale za bardzo go obrażałem przez tyle lat, żeby zechciał przyjść. A zresztą, nie wychodzi z klasztoru. Umrę więc tak, jak żyłem. Dosyć!  …..
Gęsty śnieg sypał z góry na znieruchomiały, klęczący na drodze tłum i na ojca Pio, niosącego Hostię ukrytą na piersi. O czym mówił z doktorem? Co sobie przyrzekli? Nie wiemy. Zakonnik, ledwie wszedł do pokoju, otworzył ramiona w szerokim geście i uśmiechnął się serdecznie. Twarz starego ateisty rozjaśniła się: „Niech mi ojciec wybaczy!” Wyspowiadawszy się, uzyskawszy rozgrzeszenie i przyjąwszy Komunię świętą mógłby spokojnie umrzeć, ale ojciec Pio uprosił u Boga to, że po trzech dniach doktor Ricciardi wstał z łóżka. Guz nowotworowy zniknął bez śladu. A doktor Ricciardi z wielkim zaangażowaniem bronił teraz ojca Pio.
          Piękne?, prawda? Choć można było inaczej. Można było unieść się dumą, obrazić, zastygnąć w żalu i gniewie, żyć pragnieniem zemsty i cieszyć się, że palec sprawiedliwości wreszcie go dosięgnął. To potrafimy wszyscy. Lecz to nic nowego.
            11 lutego 2015 roku dżihadyści w Libii dokonali makabrycznej zbrodni. Porwali w Egipcie 21 chrześcijan Koptów i ścięli ich na plaży dlatego tylko, że byli wyznawcami Chrystusa. Byli pośród nich dwaj bracia: Samuel Estefanos Kamel, lat 23 i Biszoj, lat 25. 
Ich żyjący brat, Biszir, zapytał matkę: „Mamo, co byś zrobiła, gdybyś teraz spotkała któregoś z zabójców twoich synów?” Matka odrzekła: „Powiedziałabym mu: Niech Pan Bóg oświeci twoje oczy! Zapraszam cię do nas; ugościmy cię, bo wprowadziłeś moich synów do królestwa niebieskiego”.
Sam natomiast Biszir w imieniu całej rodziny mówi: „Nie przyjmujemy kondolencji, a jeżeli już to gratulacje, za męczeńską śmierć braci”. Podobnie rodziny pozostałych męczenników mówią, że nie żywią nienawiści do zabójców i modlą się za nich, by nie powtarzali tego czynu. Ta ich postawa poruszyła wielu muzułmanów, którzy przychodzili albo dzwonili i pytali: „Kim wy jesteście?” Dla nich bowiem zemsta stanowi sens życia, tu tymczasem spotkali się z bezwarunkowym przebaczeniem.
          A jak ja bym zareagował, gdyby podobna sytuacja przytrafiła się mojej rodzinie?
          I jako motyw na zastanawianie chcę na zakończenie zostawić dwa spostrzeżenia:
          1. W czasie wojny znacznie więcej rodzi się nowych nieprzyjaciół niż było tych, którzy zostali zabici.
          2. Pan Bóg dobrocią, przebaczeniem i miłością z nieprzyjaciół, z grzeszników czyni sobie dzieci.

          Czy ja stwarzam i szukam sobie wrogów czy przyjaciół?

No comments:

Post a Comment