Monday, 27 March 2017

„Przyszedłem na świat, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi” - Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI, Toronto

4 Niedziela Wielkiego Postu A

J 9, 1-41

Jezus przechodząc ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie jego zadali Mu pytanie: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?” Jezus odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata”.
To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe” – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc.

A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: „Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?” Jedni twierdzili: „Tak, to jest ten”, a inni przeczyli: „Nie, jest tylko do tamtego podobny”. On zaś mówił: „To ja jestem”. Mówili więc do niego: „Jakżesz oczy ci się otwarły?”
On odpowiedział: „Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: „Idź do sadzawki Siloe i obmyj się”. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem” Rzekli do niego: „Gdzież On jest?” On odrzekł: „Nie wiem”.
Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A dnia tego, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: „Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę”.
Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: „Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu”. Inni powiedzieli: „Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?” I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: „A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy?” Odpowiedział: „To jest prorok”.
Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak, że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: „Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki sposób teraz widzi?”
Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: „Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie”.
Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wykluczony z synagogi. Oto, dlaczego powiedzieli jego rodzice: „Ma swoje lata, jego samego zapytajcie”.
Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: „Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem”. Na to odpowiedział: „Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę”. Rzekli więc do niego: „Cóż ci uczynił?
W jaki sposób otworzył ci oczy?” Odpowiedział im: „Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami?”
Wówczas go zelżyli i rzekli: „Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi”.
Na to odpowiedział im ów człowiek: „W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast wysłuchuje Bóg każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić”.
Na to dali mu taką odpowiedź: „Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?” I precz go wyrzucili.
Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?” On odpowiedział: „A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?” Rzekł do niego Jezus: „Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”.     On zaś odpowiedział: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon.
Jezus rzekł: „Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi”. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli, i rzekli do Niego: „Czyż i my jesteśmy niewidomi?” Jezus powiedział do nich: „Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal”. 

                
            „Przyszedłem na świat, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi”

            John Howard Griffin podczas drugiej wojny światowej wskutek wybuchu samolotu całkowicie stracił wzrok. Przez dwanaście lat pogrążony był w nieprzeniknionych ciemnościach. Po upływie tego czasu szedł pewnego razu ulicą i zobaczył przed sobą „czerwony piasek”. To był początek pełnego odzyskania wzroku. Po tym wydarzeniu Griffin powiedział reporterowi: „Ty nie wiesz i chyba nie jesteś w stanie zrozumieć, co znaczy dla ojca zobaczyć swoje dzieci po raz pierwszy. Było to wspanialsze niż mogłem to sobie wyobrazić w najśmielszych marzeniach”.
            Człowiek niewidomy od urodzenia, o którym opowiada Ewangelia dzisiejszej niedzieli, wszystko w swoim życiu zobaczył również po raz pierwszy. Jednakże ogrom wrażeń, jaki stał się jego udziałem z chwilą, gdy jego oczy zareagowały i otworzyły się na światło słońca był zaledwie początkiem drogi. Jego pełne uzdrowienie dokonało się wtedy dopiero, gdy także oczy duszy otworzyły się i przyjęły tę światłość, którą jest Jezus Chrystus. Uzdrowienie to następowało stopniowo, krok za krokiem, aż zapłonęło w nim światło, którego nie może pochłonąć żadna ciemność, światło, które stanie się odtąd przewodnikiem na wszystkich drogach jego życia i które nie zgaśnie nigdy, nawet wtedy, gdy śmierć gasić będzie dla niego gwiazdy na niebie i czarny kir zaciągnie na słońce: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?”  – „Wierzę, Panie” – odpowiedział. I oddał Mu pokłon.
            Godne wszakże zastanowienia jest to, że w całym opisanym przez świętego Jana wydarzeniu tylko on jeden okazał się otwarty na działanie łaski, tylko on był godny, by Jezus mógł objawić mu siebie. Jego kalectwo stało się podatnym gruntem, na którym mogły się dokonać wielkie dzieła Boże. Inni byli jedynie mniej lub bardziej uważnymi obserwatorami.
            Sąsiedzi i znajomi zadowolili się płytką i bezpłodną wymianą opinii, przekonań i wątpliwości czy jest to rzeczywiście ten sam człowiek, którego do tej pory znali jako niewidomego, czy tylko ktoś do niego podobny.
            Dla Apostołów spotkanie z nim było okazją, by postawić Jezusowi zupełnie nielogiczne pytanie: „Kto zgrzeszył, on czy jego rodzice, że urodził się ślepy?” Byli bowiem przekonani, że jego kalectwo jest skutkiem grzechu. Nie wiedzieli tylko czyjego. Czyż jednak mógł popełnić grzech jeszcze przed urodzeniem, bo przecież już jako niewidomy przyszedł na świat. Jakże więc mógł być karany wcześniej niż dopuścił się jakiegokolwiek zdrożnego czynu?
            Rodzice zostawili syna własnemu losowi. Przyznali się, owszem, do niego, ale było to wszystko, na co potrafili się zdobyć w tej niezwykłej, a przecież tak dobroczynnej sytuacji. Święty Jan zwięźle lecz przekonująco wyjaśnia motywy ich postępowania: porażeni byli strachem. Bali się, że faryzeusze wykluczą ich z synagogi, uznają za odstępców. Woleli więc udawać, że o Jezusie w ogóle nie słyszeli. Opuścili też syna i skazali na to, by bronił się na własną rękę.
            Najbardziej zaangażowani, a jednocześnie najbardziej oporni, wręcz zaślepieni okazali się być faryzeusze. Co prawda, święty Jan odnotował, że znaleźli się pośród nich tacy, którzy mieli uznanie dla Jezusa i Jego czynu, i nawet próbowali Go bronić: „W jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?” Zostali jednak skutecznie zakrzyczani, zwyciężyła linia twarda, nieprzyjazna Chrystusowi i obiektywnej prawdzie.
            A dla zdeklarowanych i nieprzejednanych faryzeuszy prawdą i dobrem było to tylko, co służyło interesom ich grupy, co było zgodne z ich przekonaniami i ideologią. Rzeczywistość niewiele ich obchodziła. Dobrodziejstwo wyświadczone choremu człowiekowi ich nie interesowało. Niemiła dla nich była, po prostu, sama osoba Jezusa, a zatem i czyn, którego On dokonał uznali za przestępstwo, za przekroczenie Mojżeszowego zakazu pracy w dzień sobotni. Wielu z nich wolałoby zapewne, by niewidomy od urodzenia pozostał ślepy do końca życia, niż miałoby Chrystusa uznać za Mesjasza. Ponieważ jednak faktom nie mogli zaprzeczyć usiłowali nakłonić uzdrowionego, by przynajmniej potępił Jezusa jako grzesznika. Napotkali wszakże jego zdecydowany opór: „Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić”. Obrzucili więc go wyzwiskami jako nieczystego grzesznika i wyrzucili precz. Zatrzasnęli za nim drzwi. A właściwie, zatrzasnęli drzwi przed sobą, by nie dostrzec tego światła, które w osobie Jezusa przyszło na świat: „Nie wiemy skąd ten człowiek pochodzi i szczerze mówiąc, wiedzieć nie chcemy”.
            Podobna, choć jeszcze bardziej drastyczna sytuacja przydarzyła się w grudniu 1943 roku na wschodnich kresach Polski. W parafii Okopy od czterech lat pracował o. Ludwik Wrodarczyk OMI. Jako gorliwy i świątobliwy kapłan nie tylko sprawował służbę Bożą przy ołtarzu, ale też pomagał ludziom biednym i leczył chorych, bez względu na to czy byli Polakami, Ukraińcami czy Żydami, katolikami, prawosławnymi czy wyznawcami religii Mojżeszowej. Był powszechnie lubiany i szanowany. Kiedy jednak Niemcy wycofali się z Rosji, nacjonaliści ukraińscy marzący o wielkiej, wolnej Ukrainie dokonywali pogromów Polaków. Pochwycili także o. Ludwika, którego wywlekli wręcz z kościoła sprzed tabernakulum, gdzie się modlił. Jakiś czas zachowali go przy życiu. I w tym właśnie czasie ktoś poprosił go o pomoc dla ciężko chorego dziecka. Interwencja kapłana okazała się skuteczna – dziecko wyzdrowiało. Ukraińcy jednak wpadli w szał i wściekłość: „a ty, proklatyj świaszczennik – zawołali – to jeszcze cudów będziesz tu dokonywał...” 
Wywlekli go na uroczysko w lesie pod Karpiłówką, rozebrali do naga, chłostali, nakłuwali igłami i przypiekali mu stopy gorącymi żelazami. W końcu kobiety przywiązały go do pnia drzewa i przerzynały piłą, aż skonał.
Łatwiej im było go zamordować, niż dojrzeć w nim człowieka i uwierzyć, że jest Bożym sługą. Zacietrzewienie i nienawiść oślepiły ich nie tylko na chrześcijańskie, ale nawet na najbardziej podstawowe wartości, jakimi są ludzkie życie i pokój.
            Nasza sytuacja, moi Drodzy, pod pewnym względem przypomina sytuację niewidomego od urodzenia z Ewangelii. Podobnie bowiem jak on obmywając się w sadzawce otworzył oczy i mógł widzieć światło słońca, tak też nam przez wody Chrztu świętego otwarte zostały oczy duszy, dzięki czemu możemy dostrzec światło Jezusa Chrystusa i postępować za Nim w wierze aż ku pełnej jej dojrzałości.
Czy jednak próbujemy naśladować tego człowieka?
Z opisu ewangelijnego można wnosić, że był on prawy i odważny. Kalectwo i ubóstwo nie spaczyły jego psychiki, a radość płynąca z uzdrowienia wzmocniła jeszcze pozytywne cechy jego charakteru. Nie stosował wybiegów i uników, nie tłumaczył się nieznajomością faktów, ale świadczył zdecydowanie, kto i jak obdarzył go wzrokiem.
Zdawał sobie sprawę, że prawda ta nie podoba się faryzeuszom, a mimo to powtarzał ją kilkakrotnie nie dając się zastraszyć. Nawet wystąpił ostro przeciw swoim adwersarzom, gdy ci chcieli poniżyć Chrystusa: „W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie skąd On jest, a mnie oczy otworzył. Wiemy przecież, że Bóg nie wysłuchuje grzeszników, wysłuchuje natomiast tych, którzy pełnią Jego wolę”. Był wdzięczny Jezusowi za uzdrowienie. Jednakże wdzięczność nie uczyniła go bezmyślnym. I kiedy został zapytany: „Czy wierzysz w Syna Człowieczego?”, zanim odpowiedział: „Wierzę, Panie”, sam zapytał: „A któż to jest, żebym w Niego uwierzył?” Chciał, po prostu, by jego wiara była rozumna.
            W obliczu jego męstwa pomyślmy czy my mamy odwagę mówić prawdę; czy potrafimy powiedzieć ją nie tylko najbliższym, ale również swoim zwierzchnikom i przełożonym, i wtedy nawet, kiedy ona im się nie podoba i jest niewygodna.
Czy nie próbujemy naśladować raczej rodziców uzdrowionego stosując uniki: „ma swoje lata, niech sam za siebie mówi”, czyli my na ten temat nic nie wiemy, zapytajcie tych, którzy są kompetentni.
Czy przypadkiem w swoich rozmowach nie mówimy rzeczy sprzecznych, żeby tylko wszystkich zadowolić i wszystkim się przypodobać, jak dobrze ułożony domowy piesek, który wszystkich chciałby polizać i do wszystkich przyjaźnie merda ogonem?
Jak jednak słusznie zauważył Albert Schweitzer: „Nigdy nie powiemy całej prawdy, jeśli nie odważymy się powiedzieć czegoś, co nie podoba się otoczeniu”.
            Zapytajmy też czy potrafimy oczyma wiary patrzeć na otaczającą nas rzeczywistość i wszystkie dokonujące się pośród nas i w szerokim świecie wydarzenia?
            Zapewne długo jeszcze w pamięci wielu pozostanie trzęsienie ziemi, zarówno to, które 11 marca 2011 roku nawiedziło Japonię jak i to, które miało miejsce w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 2004 roku pod dnem Oceanu Indyjskiego.
Wody „tsunami” okazały się wtedy wodami potopu dla ponad trzystu tysięcy ludzi z kilkunastu krajów sąsiadujących z tym oceanem. Czy jednak równie szeroko jak sama tragedia znany jest fakt, że i w tym przypadku znalazła się zbawienna „arka Noego”? Okazała się nią bazylika Matki Bożej w Vailankanni w Indiach, położona zaledwie sto metrów od plaży i zbudowana na tym samym poziomie, co inne budynki wokół. Podczas tragedii w kościele tym znajdowało się ponad dwa tysiące wiernych. Dwunastometrowej wysokości fala zatrzymała się na progu świątyni nie wyrządzając ani jej ani ludziom wewnątrz żadnej krzywdy, chociaż już obok woda popłynęła pół kilometra w głąb lądu zalewając zajezdnię autobusową, hotele i domy i uśmiercając ponad tysiąc ludzi. Biskup Devadass Ambrose, ordynariusz diecezji Thanjore, na terenie której leży Vailankanni, wydał 27 stycznia 2005 roku specjalny komunikat określając ten fakt mianem cudu.
            Czy dla nas jest to też cud czy tylko dzieło przypadku albo zbieg okoliczności?

            Biedni i nieszczęśliwi są ludzie ociemniali. Lecz stokroć bardziej biedni i godni litości są ci, którzy zatracili wzrok duszy, ludzie ślepi duchowo. Być może, że i ja do nich należę. Ale czy wobec tego nie powinienem wołać jak inny ewangeliczny ślepiec: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną i spraw, abym przejrzał”?     

No comments:

Post a Comment