Tuesday, 14 March 2017

„Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca i idź do kraju, który ci ukażę” - Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto

2 Niedziela Wielkiego Postu A

Mt 17, 1-9

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim.
Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”.
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”. Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.
A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.
A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”.


 „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca
i idź do kraju, który ci ukażę”

            Była zdolną, wszechstronnie utalentowaną studentką. Perspektywy na błyskotliwą karierę rysowały się przed nią w jasnych, realnych barwach. Uprawiała też sport i rokowała duże nadzieje na dobre wyniki. Lubiana przez wszystkich, którzy ją znali i spotykali na co dzień, zawsze była otwarta na kontakt z ludźmi, zawsze też pełna radości i optymizmu.
Wiadomość, że wstąpiła do klasztoru klauzurowego zaskoczyła znajomych, koleżanki i przyjaciół jak grom z jasnego nieba.  Wszyscy pytali nieodmiennie: „co się jej stało?” Kiedy pytania te dotarły do niej, odpowiedziała z uśmiechem: „Zakochałam się, a Ten, z Którym zdecydowałam się iść przez życie zaproponował mi alpinizm duchowy. Przede mną kilka ciekawych, choć niełatwych szczytów: Synaj, Tabor, Góra Oliwna, Golgota. Ale myślę, że przy Jego boku uda mi się je zdobyć”.
            Dzisiaj oczyma wyobraźni i w duchu naszej wiary my także, moi Drodzy, znaleźliśmy się na jednym z tych szczytów. Jesteśmy na Taborze. Naszym przewodnikiem jest święty Mateusz. Przyprowadził nas tutaj, żebyśmy mogli być świadkami niezwykłego wydarzenia. Oto trzem Apostołom: Piotrowi, Jakubowi i Janowi objawia się Jezus przemieniony, Jezus w blasku swej Boskiej chwały, w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Atmosfera chwały i niewypowiedzianego pokoju wypełnia górę i ogarnia wszystkich. Ci trzej uczniowie zmęczeni trudami, pełni wątpliwości i sprzecznych pojęć co do osoby swego Mistrza, nagle poczuli się tak, jak gdyby po gwałtownej burzy wpłynęli do bezpiecznej i spokojnej przystani. „Dobrze nam tu być”. Tak dobrze, że gotowi są tu zostać. Swoje postanowienie radzi by zrealizować natychmiast: „Postawimy tu trzy namioty”.
            Ale i sam Jezus, który jako człowiek miał dokonać odkupienia ludzi, doświadczył tu na nowo obecności Boga i raz jeszcze usłyszał pełne otuchy słowa, które już w czasie chrztu Ojciec powiedział do Niego nad Jordanem: „Ty jesteś moim Synem umiłowanym”.
            Na Taborze Jezus został upewniony i utwierdzony w słuszności drogi, którą idzie, a jednocześnie doznał pocieszenia i umocnienia na czekającą Go ogniową próbę. Nie znaczy to, oczywiście, że wszystko nagle stało się różowe. W rzeczywistości bowiem nic się nie zmieniło. W dalszym wszak ciągu musiał stawić czoła ciemnej i groźnej przyszłości. Wiedział przecież, że zdąża do Jerozolimy, gdzie czeka Go okrutna i bolesna śmierć. Ale wiedział też, że wszystko, co ma Go spotkać jest wolą Ojca i że Ojciec da Mu siły, by mógł sprostać podjętemu zadaniu.  
            I oto uczniowie zostają nagle wyrwani ze słodkiego błogostanu. Jezus bowiem zbliża się do nich, dotyka i mówi: „Wstańcie! Musimy zejść na dół. Jeszcze sporo mamy tam do zrobienia”. I aczkolwiek niechętnie, schodzą więc ku dolinie, gdzie przebywają pozostali Apostołowie wraz z tłumami ludzi przyjaznych i wrogich, życzliwych i myślących tylko o sobie, i gdzie czeka ich dalszy ciąg trudów, niepewności i wątpliwości.
            Nie jest chyba trudno zauważyć, moi Drodzy, że ten fragment Ewangelii opisuje doświadczenie, jakie może stać się udziałem nie tylko chrześcijanina, ale każdego człowieka, bez względu na jego przekonania i religię.
Zdarza się bowiem, że w życiu osobistym czy rodzinnym osiągamy pewną stabilizację, a nawet to, co ludzie nazywają szczęściem. Bo oto trudności zostały pokonane, rozumiemy się wzajemnie, jesteśmy zadowoleni z pracy, z dzieci, życie wydaje się nam piękne, niesie wiele obietnic na przyszłość – mamy wrażenie, że dotarliśmy na nasz Tabor. Chęć rozkoszowania się sytuacją jest nie do odparcia. Nie chcemy więcej słyszeć o cierpieniu i nieszczęściach wokół nas. Chcielibyśmy natomiast, aby to, co udało się nam osiągnąć, trwało w nieskończoność. „Dobrze nam tu być”.
            I zdarza się czasem, że Pan Bóg w swoich planach pozostawia człowieka przez dłuższy czas, a niekiedy wręcz do końca jego dni, w spokojnym porcie. Bóg potrzebuje i tego typu znaków w świecie. Jednak są to przypadki wyjątkowe. Znacznie częściej podchodzi do nas i mówi: „wstań!” I ponownie rzuca człowieka w wir życia, pomiędzy cierpienia, niepowodzenia, przeciwności i choroby.
Wskutek zaś tego jeden z nas musi się nieźle nagimnastykować, aby związać koniec z końcem, drugi podąża od szpitala do szpitala, by trwać przy łóżku współmałżonka, a jeszcze ktoś inny przeżywa gorycz zdrady, odrzucenia i samotności albo otoczony jest mrokiem niepewności i zwątpienia.
Takie i podobne doświadczenia bywają udziałem nie tylko uczniów Chrystusa. Taki zazwyczaj jest los każdego człowieka, bez względu na to czy jest wierzący czy nie. W tym wszyscy jesteśmy równi. Swój Tabor może mieć również ateista. Ale i on będzie musiał z niego zejść, aby wejść na Kalwarię. Różnica polega na tym jedynie, jaką postawę przyjmuje człowiek wobec tego doświadczenia, z jakim nastawieniem ducha je przeżywa: czy na Boże „wstań i idź” odpowiada „tak” czy raczej jego odpowiedź jest wyrazem sprzeciwu i krzykiem buntu.
            Do Abrahama, o którym była mowa w pierwszym z dzisiejszych czytań mszalnych, Bóg zwrócił się słowami: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twojego ojca”. A przecież jemu było tam zupełnie dobrze. Małżeństwo z Sarą było szczęśliwe. Nie pragnął niczego więcej jak mieć liczne potomstwo i wiele stad owiec, a na starość być otoczonym gromadą dzieci i wnuków. Jednak tajemniczy głos Pana nakazał mu: „Wstań i idź”. To było trudne polecenie. Wszakże nie był to rozkaz nieuzasadniony czy jakiś kaprys ze strony Boga. Pan bowiem przyrzekł mu o wiele więcej niż zażądał: „Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy ziemi”.
            I Abraham udał się w drogę jak mu Bóg rozkazał. Ten moment w jego życiu jest wymownym znakiem jego wiary. Dlatego ten chaldejski pasterz sprzed czterech tysięcy lat nie przestaje być „naszym ojcem w wierze”. Bóg powołał go, zaprosił, a on odpowiedział „tak” ufając Mu, mimo iż nie wiedział dokładnie, co go czekało i mimo braku jakichkolwiek gwarancji.
            Wspomniana na początku dziewczyna, która została karmelitanką, chociaż miała wszelkie szanse na doczesną karierę i szczęśliwe życie w świecie także – stosownie do swoich możliwości – powiedziała Bogu „tak”.
A my?
            Oczywiście, że i nasza odpowiedź na Boże wezwanie brzmiała „tak”. Wypowiedzieliśmy je podczas chrztu świętego. Było to wszakże w czasie, kiedy z natury rzeczy nie byliśmy w stanie wypełnić tego postanowienia żadną konkretną treścią. Dlatego właśnie Kościół wzywa nas nieustannie do urzeczywistnienia tego wyboru i w pełni świadomego jego przeżywania. Wielki Post jest wspaniałą okazją, aby ożywić to przyrzeczenie zagrzebane gdzieś w naszym dzieciństwie i w szarości codziennego życia.
          Wzywając do nawrócenia Kościół w rzeczywistości zachęca nas do powtórzenia i naśladowania postawy Abrahama, a także Apostołów i samego Chrystusa na Taborze, czyli wyjść, zejść i pójść.
Wyjść z rutyny życia – z naszego Ur chaldejskiego – w której urządziliśmy się wygodnie i gdzie jest tak swojsko i przytulnie, porzucając myśli pełne ziemskich pragnień
i projektów, a pójść do kraju, który Bóg ukaże, czyli w przyszłość opartą na wierze, otwierając się na Boże obietnice i pełniąc czyny, których On od nas wymaga.
Niewątpliwie, może to wydawać się ryzykowne i karkołomne. To może okazać się bolesne. Zrozumiałe! Przekreślenie siebie, swojej woli, swoich planów, dążeń i aspiracji na rzecz pełnienia woli innych, z wolą Bożą włącznie, nie może dokonać się bez cierpienia. Lecz jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, pozostanie tylko samo.
            Gdyby Apostołowie zostali na Taborze, nawet w cieniu trzech namiotów, nie mieliby udziału w radości Zmartwychwstania.
Również i my nie będziemy mogli w niej uczestniczyć, jeśli nie zdobędziemy się na odwagę naśladowania Pana.
            Tabor, jakiego czasem Bóg pozwala nam doznać już teraz, jest tylko przelotną i zwiewną wizją tego, co nam istotnie obiecał. Prawdziwy bowiem Tabor, czyli niczym nie zmącone oglądanie Pana w chwale przyrzeczone jest nam dopiero po drugiej stronie życia.
            Lecz zanim rzeczywiście stanie się to naszym udziałem, musimy zdobyć kilka innych szczytów, mianowicie:
Synaj z Dziesięciorgiem Bożych Przykazań, czyli wyrażoną na nim Bożą wolą,
Górę Oliwną, gdzie można poznać prawdę o tajemnicy zła dręczącego ludzkość i potęgę modlitwy, jako środka chroniącego przed wszelkimi jego zakusami oraz
Kalwarię, gdzie po pozornej klęsce, to znaczy śmierci Jezusa na krzyżu, wykwita niezaprzeczalne zwycięstwo Boga nad złem i śmiercią, czyli triumf Zmartwychwstania.
Oczywiście, że wymaga to nieustannego trudu wspinaczki i schodzenia na dół i... zdobywania kolejnego szczytu. Ale taka właśnie jest droga do naszego przemienienia.
            Abraham wędrował do Ziemi Obiecanej pośród ciemności wiary. Jezus o swojej drodze do Ojca powiedział: „Potrzeba było, aby Syn Człowieczy cierpiał i tak wszedł do swojej chwały”.

Czy zatem ja mogę żyć złudzeniami, że będę wyjątkiem i liczyć na to, że uda mi się tam wejść w inny, łatwiejszy, sposób?    

No comments:

Post a Comment