Monday, 10 April 2017

Rozważania Pasyjne – 5, O. Kazimierz Kozicki, OMI Toronto

“Kiedy nad ziemię będę wywyższony, pociągnę wszystkich do siebie”

            To już Niedziela Palmowa. Zapewne jesteśmy w stanie wyobrazić sobie scenerię tamtej niedzieli sprzed dwóch tysięcy lat i tamtego wjazdu do Jerozolimy, który dzisiaj w Kościele wspominamy. ”Wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wyszedł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna, Synowi Dawidowemu! Błogosławiony, który przybywa w Imię Pańskie!” Wołali: “Hosanna”. A Jezus, gdzieś w głębi serca zdawał się mówić:
“Nie zrozumiecie nic, kiedy przyjdzie moja godzina... nie zrozumiecie nic, kiedy umierać trzeba...”


            “Oto Człowiek” – jadący na źrebięciu oślicy, patrzący na tak w sumie biednego człowieka. Biednego z tej racji, że niezdolnego przewidzieć tego, co stanie się za pięć dosłownie dni. Ten sam człowiek będzie krzyczał inaczej i czego innego będzie się domagał. To już bowiem nie palmowe gałązki, ale zaciśnięte pięści, nie rozesłane płaszcze, ale podkładane nogi i nie radosne “hosanna”, lecz pełne nienawiści “ukrzyżuj” – będą określały ten sam tłum. Ten sam, a jednak jak bardzo inny.

Prorok Izajasz powie:
“Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy,
ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży...
Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy...”
            Jezus wydał swe życie na ofiarę za grzech człowieka, zobaczył potomstwo w tym człowieku i dla tego człowieka pozostał. Tajemnica to wielka i wciąż niezgłębiona. Tajemnica ran, w których jest nasze zdrowie, tajemnica śmierci, z której tryska życie, dzięki której ciągle rodzi się człowiek do życia wiecznego. Patrząc na tę garstkę wiernych Jezusowi ludzi, stojących pod Jego krzyżem, Jemu współczujących i z Nim współcierpiących, trudno uwierzyć, że proroctwo Izajasza kiedyś się spełni.
Bo gdzież te tłumy?
A jednak, stało się. Krzyż Chrystusa rzucił swoje światło na historię, w tej historii się zakorzenił, by zgromadzić wokół siebie tłumy. Pośród nich jestem i ja. Jezus bowiem wydając swoje życie na ofiarę za grzech, wydał je za mój grzech. Bo:
“To nie gwoździe Cię przybiły,
lecz mój grzech...
To nie ludzie Cię skrzywdzili,
Lecz mój grzech...
To nie gwoździe Cię trzymały,
lecz mój grzech.
Choć tak dawno to się stało,
widziałeś mnie”.

            Potęga tej ofiary sprawia, że człowiek nie może być wobec niej obojętny. Człowiek, który raz stanął wobec tajemnicy śmierci Boga poniesionej za niego, musi określić się wobec tego ogromu dotykającej go miłości.              
A wtedy albo “uklęknie i powie jak umie najprościej – dziękuję!”, albo będzie próbował uciec jak najdalej, aby widok umierającego Boga go nie niepokoił.
“Oto człowiek” stojący pod krzyżem ze łzą w oku, z bólem w sercu... szczerze przeżywający dramat krzyża..., chociaż Ten, który umiera powiedział, że trzeciego dnia zmartwychwstanie. Ale cóż znaczy wypowiedziane słowo wobec realizmu męki i śmierci – cóż znaczy?

“Oto człowiek” pod krzyżem się nawracający. “Zaiste, ten Człowiek był Synem Bożym” – powiedział Setnik, doświadczywszy jako jeden z pierwszych łaski nawrócenia.

“Oto człowiek” przechodzący obojętnie obok Krzyża, rzucający pytające spojrzenie, które biegnie gdzieś w dal, dostrzegając w tym momencie inny, ważniejszy, bardziej atrakcyjny przedmiot zainteresowań.

“Oto człowiek” zaniepokojony obecnością Krzyża, rzucający złowrogie spojrzenie i słowo niosące grozę. Czyż bowiem nie trzeba obawiać się słowa, brzmiącego wrogo na widok Krzyża?

“O Chrystusowa męko
Tyś jest błyskawicą
Zachwyć mnie Tobą
krwią broczący Boże”.
            Zachwyć sobą przechodzące obok Krzyża tłumy – broczący krwią, Boże. Wszak krew i woda przez wieki wypływają z Twego przeoranego włócznią Serca, jako zdrój życia, nadając sens i wieczny wymiar czynionym w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego znakom. Cierpiący “Sługa Jahwe” prawdziwie przedłużył i nieustannie przedłuża swe dni w życiu ustanowionej przez siebie wspólnoty.

            To my jesteśmy tą wspólnotą! Każda i każdy z nas ogarnięty szeroko rozpostartymi ramionami Krzyża, patrząc na dokonującą się na Nim ofiarę musi określić swoją, jak najbardziej osobistą, relację do tej dziejącej się tajemnicy.
Znak Krzyża jawi się bowiem jako ołtarz ludzkości, na którym “Cierpiący Sługa Boga” pozwala otworzyć sobie serce. Otwarte zaś serce Boga, broczące krwią i wodą, staje się niewyczerpalnym źródłem łaski, którą człowiek w sakramentalnych znakach może przyjąć albo odrzucić. Pamiętajmy wszelako, że znaków Krzyża i Serca nie można rozdzielać, jako że one wzajemnie się określają. Nie byłoby Krzyża, gdyby nie było Serca i nie byłoby przebitego Serca, gdyby nie było Krzyża.
            Na ziemi stanęło już wiele krzyży i wiele serc przebito, ale tylko ten jedyny Krzyż i tylko owo Serce Boga zmieniły bieg historii, orientując ją w sposób szczególny na wieczność. Doczesność w rozmaity sposób podnosi rękę na Krzyż, ale to w niczym nie zmienia zasadniczego faktu, że był i trwa w dziejach człowieka i w dziejach wszechświata prawdziwy Syn Boży, który do końca i bez końca umiłował człowieka.

“Pomiędzy nami idziesz, Panie
Po kamienistej drodze życia.
I słuchasz słów zrodzonych z lęku
Przed jutrem pełnym tajemnicy”.

            I nie chodzi o lęk przed ludzką złośliwością i głupotą, dla której nie ma już żadnej świętości – i to nie gdzieś tam za górami, ale tu wśród nas – bo owa złość i ta głupota usiłują uczynić sobie ziemię poddaną. Ale:

“Czyż jest coś bardziej wzniosłego
Nad grzech, co czeka na łaskę,
Nad miłość większą od lęku
I śmierć rodzącą do życia?”

            Jednakże tylko człowiek odważny i pełen głębokiej wiary, moi Drodzy, jest zdolny usłyszeć i odpowiedzieć pozytywnie na zaproszenie Chrystusa: “Kto jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije!... Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza”. Kto nie ma wiary, nic nie zrozumie z dramatu rozpostartego Krzyża i przebitego Serca.
            Lecz tej cnoty brakuje również tym, którzy nawet nie w złych zamiarach podchodzą pod krzyż, ale...,i to jest ogromnie przykre, najzwyczajniej nie wiedzą, po co właściwie przychodzą, po co proszą o dary mające swe źródło w tajemnicy krzyża.
Tak dzieje się w przypadku sprawowania wielu sakramentów, które Jezus pozostawił człowiekowi, jako dary szczególne, by mógł on w sposób tak bardzo przystępny korzystać z owoców Jego męki.    W wielu przypadkach brak chęci zrozumienia i współpracy z łaską Bożą czyni sprawowanie tych sakramentów mniej lub bardziej udanym teatrem.   
A wiara w tym momencie jest warunkiem, dzięki któremu każdy sakrament ma tak wielką moc czynienia cudu. Bo prawdziwie dzieje się cud, gdy po głowie człowieka spływa woda chrztu świętego. Dzieje się cud, kiedy łaska dotyka wnętrza człowieka, by odpuścić mu grzechy. Dzieje się wielka tajemnica naszej wiary, gdy okruch chleba staje się Ciałem Boga. I w każdej z tych chwil Bóg pochyla się nad człowiekiem, by jeszcze bardziej ku sobie go zwrócić, do siebie przekonać i w sobie umocnić.
Szczerym sercem chciejmy w tym momencie popatrzeć na siebie, na swoje życie, wspominając chwile, kiedy dział się cud w naszym życiu. Perspektywa czasu, życiowe doświadczenie tym bardziej pozwala ten cud dostrzec. A trzeba to uczynić sercem, gdyż najważniejsze nie jest widoczne dla oczu.

            W moim kapłańskim życiu raz po raz takie szczególne wydarzenia mają miejsce, pozostają w pamięci, na swój sposób zachwycają i każą dziękować. W tym wielkopostnym okresie w sposób szczególny doświadczamy cudu uzdrowienia wnętrza z grzechów dzięki miłosiernej miłości Boga do człowieka. To jest sakrament wielkich, dziejących się nieustannie cudów.
            Kiedy byłem młodym księdzem na jednej z krakowskich parafii – opowiada ksiądz Krzysztof Burdak – usłyszałem w któreś poniedziałkowe popołudnie dzwonek do drzwi. Wyszedłem; przy drzwiach stał mężczyzna w średnim wieku, prosząc o chwilę rozmowy. Poczułem alkohol, więc mając w pamięci wiele idealistycznych recept na spotkania z ludźmi, nie chciałem z nim rozmawiać. On jednak przyznał szczerze: “Księże, wypiłem jednego na odwagę”. Zaczęliśmy rozmawiać.
Po pewnej chwili rozmowa przerodziła się w spowiedź: w kilkadziesiąt minut zrelacjonowane kilkanaście lat życia. Wszystko zakończone prośbą, bym pojechał do jego rodzinnego domu i powiedział żonie i dzieciom, że on był do spowiedzi. Na koniec zapytałem, dlaczego ten akurat kościół wybrał na świadka tak wielkiej życiowej chwili?
Odpowiedź była szczera: “Proszę księdza, kiedy siedziałem w więzieniu, to przez więzienne okno widziałem jedynie błękit nieba, a na jego tle krzyż wieńczący wieże tego właśnie kościoła. Jadąc dzisiaj do Krakowa po porannej awanturze, plany miałem różne, w oddali natomiast zobaczyłem te właśnie wieże. Kiedy było bliżej dostrzegłem wieńczący je Krzyż. Wtedy pomyślałem sobie: “Dzisiaj i właśnie tam, albo już nigdy”. I w tym momencie wyjął trzymany w kieszeni w określonym celu, sznurek. Dzisiaj wiem, że stał się cud, a ja zyskałem jeszcze jedną bratnią duszę. To był cud. To było działanie Bożej łaski.
I aby dostrzec jemu podobne – patrz sercem!
            W czasie prowadzonych rekolekcji otrzymałem następujący – drżącą ręką pisany – list: Powiem księdzu, czym jest dla mnie wiara. Dla mnie wiara równa się życie! Nieważne czy to obecne, czy to przyszłe... Dla mnie wiara to podstawa. Widzi ksiądz, gdyby nie moja wiara, to mnie by tutaj dzisiaj nie było. Obecnie byłaby pierwsza rocznica mojej śmierci, mojego samobójstwa. Gdy człowiek jest już na dnie, to nic nie znaczy świat, życie... To wszystko nieważne. Ale ja żyję, bo Ten, któremu ufam, w ostatnim momencie pochylił się nade mną i wyszeptał mi piąte przykazanie. Teraz chcę krzyczeć, razem ze św. Franciszkiem, że miłość nie jest kochana; ludzie, miłość nie jest kochana, czy wy to rozumiecie?” To też szczególny cud.

            Ta łaska Boga, moi Drodzy, rozlana w sercu człowieka, często jest niezrozumiana i może nawet trudna do przyjęcia. Ten cud dokonywał się w wielu ostatnich dniach i dziać się będzie jeszcze w tych dniach przed nami, doprawdy wielkich dniach. Warto wybrać się w drogę, by spotkać “Cierpiącego Boga” w gwarze Wieczernika, w ciszy Ogrójca, wśród krętych uliczek Jerozolimy na drodze zwanej krzyżową, prowadzącą na Krzyż, a tam: współczesnych ludzi, tak bardzo do tamtych podobnych, ale jakichś innych, bo autentycznych.

Tak, w blasku Krzyża i wobec przebitego serca człowiek staje w prawdzie, w prawdzie o sobie. Człowiek określa siebie i pyta, po której stronie krzyża stoję, co myślę i co krzyczę? Ile we mnie lęku, a ile miłości? Lecz czy jest coś bardziej wzniosłego, nad miłość większą od lęku?  

No comments:

Post a Comment