Monday, 8 May 2017

„Ja jestem bramą. Kto wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony” – Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI, Toronto

4 Niedziela Wielkanocy  A

J 10, 1-10

Jezus powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, ten jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je.  A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują  za  nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od  niego, bo nie znają głosu obcych”.
Tę przypowieść opowiedział im Jezus, lecz oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił.

Powtórnie więc powiedział do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości”.

                         „Ja jestem bramą. Kto wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony”

          „Gdybym się narodził na nowo, a zapytany – jaką drogę życia bym obrał – bez wahania wszedłbym na drogę kapłańską, choćbym od początku wiedział, że skończę w okowach Chrystusowych, we wzgardzie szubienicy. Lepiej być wzgardzonym kapłanem niż uwielbianym Cezarem”. Słowa te zanotował pod datą 31 maja 1955 roku Prymas Tysiąclecia, Stefan kardynał Wyszyński, gdy pozbawiony wolności przebywał na odosobnieniu w Prudniku, a zatem w czasie, kiedy naprawdę nie wiedział czy przypadkiem nie skończy swego życia we wzgardzie.
Ale był to człowiek żywej i głębokiej wiary, który bez reszty zaufał Chrystusowi w przekonaniu, że nie będzie zawiedziony; człowiek, dla którego Jezus był skałą i fundamentem, bramą i drogą, prawdą i życiem.
          Jakże wielkim kontrastem do jego słów są słowa Johna Lennona, lidera Beatlesów, zespołu muzycznego z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, który mówił: „Chrześcijaństwo przeminie, skończy się. Nie muszę tego udowadniać, bo jest to oczywiste. Już dzisiaj jesteśmy popularniejsi niż Chrystus”.
Za tę popularność zespołu Lennon zaprzedał swoją duszę diabłu. Nic przeto dziwnego, że ten nie chciał długo czekać na swój łup. Posłał więc mordercę spośród wielbicieli piosenkarza, który go zastrzelił, by cyrograf nie został przypadkiem odwołany.
Trzeba wszakże iście diabelskiej pychy, by stawiać się na równi z Chrystusem, a nawet wyżej od Niego. Bo czymże jest muzyka i śpiew najwspanialszego nawet zespołu wobec wiecznych losów i przeznaczeń całej ludzkości? Czyż może ona otworzyć niebo i dać życie bez końca choćby jednemu człowiekowi?
          Tymczasem na przestrzeni dziejów nieustannie powstawali i powstają samozwańczy wybawcy ludzkości, naprawcy zastanej sytuacji, uszczęśliwiacze maluczkich, prostaczków i proletariuszy. I za każdym razem lała się i leje ludzka krew, krew innych – oczywiście – nie własna: a to w imię cezarów, to znów w imię wolności, równości i braterstwa, jak w czasie rewolucji francuskiej, w imię dyktatury proletariatu rewolucji sowieckiej, w imię nadczłowieka rasy nordyckiej, jaki przypadł do gustu Hitlerowi czy wreszcie w imię jedynie słusznej idei i ideologii komunizmu.
          Wszakże w myśl słów Chrystusa wszyscy oni są złodziejami i rozbójnikami. Przychodzili bowiem i przychodzą, by kraść, zabijać i niszczyć. Czyż ruiny i zgliszcza oraz morze ludzkich łez i krwi, jakie stale towarzyszą ich działalności nie są tego wymownym świadectwem?  „Po ich owocach poznacie ich”.
          I zauważmy proszę, moi Drodzy, że żadne szumne hasła ni deklaracje nie są w stanie zmienić tej pełnej tragizmu sytuacji. Nie pomoże też uroczysty obchód takich czy innych rocznic, wspomnienie walk i bitew, choć bohaterstwo wielu, nawet tutaj obecnych, jest bezsprzeczne, godne pamięci i szacunku.
Historia nie uczy ludzi niczego. Wszak dobrze dzisiaj wiemy, że Katyń może się powtórzyć. Obozy koncentracyjne mogą powtórzyć się także, a tortury mogą być jeszcze bardziej wyrafinowane i okrutne. Wystarczy przywołać na pamięć niedawne wydarzenia w Afganistanie, Iraku czy w niektórych krajach Afryki. Siedemdziesiąt kilka lat po wybuchu drugiej wojny światowej ludzie wcale nie są dla siebie bardziej przyjaźni i braterscy.  Bo żadne organizacje międzynarodowe, żadne ugody i porozumienia i żadna policyjna pałka nie są w stanie usunąć z ludzkiego serca zachłanności, pychy i nienawiści, i napełnić je miłością.
Stąd jedyny ratunek dla udręczonej i znękanej ludzkości  możliwy jest w Jezusie Chrystusie, wielkim, a cichym i pokornym Pasterzu Owiec, który własne życie złożył w ofierze, aby Jego owce miały życie i miały je w obfitości. On z zasięgu swojej ofiary, troski
i miłości nie wyklucza nikogo. Zatem obietnica dóbr nieskończonych „jest dla was i dla dzieci waszych i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz”.
          Kiedy zaś mowa o obietnicy trwałego szczęścia, o Dobrej Nowinie, o zbawieniu – sprawą nieodłączną jak druga strona medalu, jest sprawa kapłaństwa i nowych powołań. Bowiem od dnia Wniebowstąpienia Chrystusa Bóg przychodzi do człowieka przez człowieka. Dokonanego przez Jezusa odkupienia nie powierzył On aniołom, ale pragnie, by ludzie nieśli je sobie nawzajem, żeby człowiek pozostał wolny i mógł nawet odtrącić miłosierną rękę Bożą, a z drugiej strony, by Boży majestat nie poraził człowieka i nie unicestwił go.
          A dzięki niech będą Panu Bogu za to, że katolików polskich nie trzeba przekonywać o znaczeniu, roli i potrzebie kapłana w szarym, codziennym życiu. Bowiem, jako wierne dzieci Ojczyzny, mimo że niejednokrotnie żyją na emigracji, wiedzą oni doskonale, że są odpowiedzialni za dobro narodu, z którego się wywodzą, za jego rozwój, bogactwo i kulturę, za piękno ziemi, którą Bóg dał im w posiadanie, by nad nią panowali i czynili ją sobie poddaną. Dlatego wiedzą, że potrzebne im są światłe i głębokie umysły, które tworzą kulturę i cywilizację. Potrzebne są ręce, które wznoszą domy i budują całe osiedla. Potrzeba rąk mocno trzymających pług krający zagon ojczysty pod nowe zasiewy i nowe zbiory. Słowem, potrzebne są ręce twarde, czarne nieraz od pracy, które przymnażają chleba sobie i innym.
          Ale ludzie ci wiedzą jednocześnie, że przez tę ziemię idą do domu Ojca, do Boga, który ich stworzył. Stąd też nie mają wątpliwości, że potrzeba im również rąk czystych, rąk, które przekazywałyby Niebu to, co ziemia ma najświętszego: ofiarę Ciała i Krwi Chrystusowej na przebłaganie majestatu Bożego; potrzeba rąk, które bez omdlenia, niestrudzone, jak ręce Mojżesza, wznosiłyby się w błagalnej modlitwie do Stwórcy wypraszając pomoc tym, którzy się trudzą na roli, w fabrykach, kopalniach, hutach, biurach i przy kuchni. Wiedzą, że trzeba im rąk, które kreśląc znak krzyża byłyby zapewnieniem, że Bóg przebacza, podnosi z upadku, jeżeli się zdarzyło nieszczęście grzechu..., że potrzeba rąk, które błogosławiąc kładłyby na wszystkich rzeczach i sprawach, jakimi się zajmujemy, podpis samego Boga – że potrzeba im rąk kapłana.
          Pan Bóg zaś w swojej dobroci czuwa nad tym, że na brak powołań kapłańskich nie możemy – jak dotychczas – narzekać. Znacznie gorzej sprawa ta przedstawia się w Europie Zachodniej i w Ameryce Północnej. Ale ktoś, kto zna dobrze sytuację tych krajów stwierdził, że to ludzie sami są temu winni. Skoro bowiem Pan Bóg nie jest im potrzebny, skoro sami sobie wystarczają, to i Pan Bóg nie chce się im narzucać przez wzbudzanie nowych powołań. Owszem, bywają tam podejmowane próby, by zaradzić temu brakowi, lecz niejednokrotnie chybiają one celu.
          Diecezja Leeds w Wielkiej Brytanii wydała, na przykład, kalendarz, by zachęcić młodych do wstępowania do seminariów. Kalendarz zawiera szereg barwnych zdjęć. Na jednym z nich tęgawy mężczyzna w czapeczce i rękawicy bejsbolowej emocjonuje się przed telewizorem. Pod spodem zamieszczona jest informacja, że to ksiądz Pat Wall kibicuje jakiejś tam drużynie.
Na innej stronie ksiądz Neil Byrne czyta plotkarską gazetę; na kolejnej inny ksiądz uprawia jogging. I tak dalej. Autorzy kalendarza, jakkolwiek mieli dobre intencje, zawarli w nim zgubny komunikat: 
Zostańcie księżmi. W kapłaństwie też może być fajnie. Odwalicie nudną Mszę, odbębnicie brewiarz, a potem możecie robić to, co naprawdę lubicie – sport, rozrywki, wycieczki, ewentualnie  możecie jeszcze liczyć pieniądze.
Zapomniano, że Pan Jezus wyraźnie powiedział, co należy robić, gdy brakuje księży: „Proście Pana żniwa, aby posłał robotników na swoje żniwo”. To nie ludzie dają powołanie. Ludzie mają się zajmować zbiorem plonów, a nie rekrutacją żniwiarzy. A tego, kogo Pan Bóg powołuje, nie trzeba kusić ochłapami cudzego życia. Bo w każde powołanie wpisane jest upodobanie do tego, co się robi zasadniczo, a nie po godzinach. Gdy Bóg chce mieć kogoś w kapłaństwie, to daje mu pragnienie odprawiania Mszy świętej, spowiadania i wszystkiego, co do tego stanu należy. A jeżeli ktoś takiego pragnienia nie ma, to niech zostanie handlowcem, kierowcą, spawaczem, informatykiem, kucharzem czy kimkolwiek innym, ale absolutnie nie księdzem.
          Trzeba jednak z pewnym niepokojem zauważyć, że i w naszym kraju, chociaż księży mamy jeszcze dostatecznie dużo, coraz częściej dochodzi do głosu przekonanie, że należy pokazywać światu „ludzką twarz” duchowieństwa, że ksiądz bez skrupułów powinien mówić: „popatrzcie, ja też jestem równiacha, jak wy; też sobie zapalę, też zaklnę, też popiję”, a ludzie – podobno – wpadną w zachwyt.
Ale tego akurat ludzie mają w nadmiarze i to w dużo lepszym wydaniu. Ksiądz w konkurencji z kimkolwiek innym zawsze pozostanie amatorem. Będzie, na przykład, najlepszym sportowcem między księżmi i najlepszym księdzem między sportowcami.
 Tymczasem ma być mistrzem świata, ale nie tego! Ludzie potrzebują kogoś, kto jest w sprawach duszy lepszy niż oni. Potrzebują przewodnika, a nie własnego naśladowcy.
Gdyby lekarze reklamowali się demonstrując rybki z własnego akwarium, trofea zdobyte w mistrzostwach amatorów w piłce nożnej albo własnoręcznie sklejony model samolotu, to chorzy woleliby się leczyć u fryzjerów.
Stąd też ludzie potrzebują widoku księży na kolanach, a nie przy piwie. Za tymi, którzy są prawdziwie Jezusowi potrafią jeździć kawał świata, bo duchowni dysponują czymś, czego nie ma żaden lekarz ani psycholog, dysponują mocą Boga. I to naprawdę nie jest żaden powód do wstydu.
Świat nie potrzebuje „ludzkiej strony” kapłaństwa, potrzebuje widoku jego Boskiej strony. (wg: Franciszek Kucharczyk: „Duchowny cielesny”, Gość Niedzielny 2/2008).
          To prawda, że zdarza się niejednokrotnie, iż ksiądz jako osoba stojąca na świeczniku, staje się przedmiotem rozmów, żartów, pomówień i plotek.
I tak, na przykład, gdy pojawi się gdzieś „na cywila”, zwłaszcza u nas w kraju, niektórzy powiedzą: „patrzcie, jaki strojniś, jak ta sutanna mu ciąży; ciekawe, komu też chce się przypodobać”.
Jeżeli  stale chodzi w sutannie – „wapniak, nie idzie z duchem czasu. Przecież jest tylu dobrych, nawet bardzo dobrych księży, którzy nie chodzą w sutannie”.
Kiedy powie krótkie kazanie – „leń; nawet kazania nie chce mu się przygotować”. Jeżeli kazanie jest długie – „co za okropny nudziarz; powinien wiedzieć, że nam się spieszy, że nie mamy czasu”.
Jeżeli Mszę świętą odprawia szybko – „rutyniarz; kto wie czy on sam wierzy jeszcze w to, co robi i mówi”.
Jeśli odprawia powoli – „ale pobożnego udaje; myśli, że nie wiemy, jaki jest naprawdę”.
Kiedy kupi nowy samochód – „no, patrzcie, jak się wyżarł na ludzkiej krzywdzie”. Jeżeli korzysta z publicznych środków lokomocji – „udaje biednego; chyba ma kobietę, bo na kogo wydawałby te pieniądze”.
            Myślę, że ta litania sprzeczności mogłaby być dłuższa, ale już to, co powiedziałem, wystarcza, by potwierdziła się słuszność porzekadła: „jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził”.
A chociaż w wielu przypadkach tego rodzaju pomówienia mogą być krzywdzące, mogą zadawać ból, paraliżować, ranić i odbierać ochotę do podejmowania dalszych wysiłków, to mają też dobrą stronę, świadczą bowiem o tym, że ludzie interesują się księdzem, że nie jest im on obojętny i że pragną, by był doskonały, jak najbliższy wzoru, czyli samego Chrystusa, którego na ziemi jest przedłużeniem.
          Jednakże zauważmy, proszę, moi Drodzy, że to, jacy są kapłani zależy także od nas. Księża wszak pochodzą z konkretnych ludzkich rodzin, w nich rodzą się i dorastają, a jakie rodziny, jakie społeczeństwo, takie też duchowieństwo. Pan Bóg powołując do swojej służby nie niszczy tego, co człowiek wyniósł z domu rodzinnego, lecz na tym właśnie buduje.
          Zróbmy zatem wszystko, co w naszej mocy i módlmy się o świętość kapłanów. Ale także o świętość, zgodę i miłość w naszych rodzinach, aby Chrystus był coraz lepiej znany i coraz goręcej miłowany przez wszystkich ludzi. Dzięki temu bowiem fałszywi zbawcy ludzkości nie będą mieli pola do działania i nie będą szerzyli przemocy i nienawiści.

I pamiętajmy o tej modlitwie nie tylko dzisiaj, w niedzielę Dobrego Pasterza, ale każdego dnia, jaki Pan Bóg pozwoli nam przeżyć.

No comments:

Post a Comment