Monday, 29 May 2017

„Kto zachowuje moje przykazania, ten Mnie miłuje” – Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI Toronto

6 Niedziela Wielkanocy  A

J 14, 15-21

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze, Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.
Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was.
Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie”.

                         „Kto zachowuje moje przykazania, ten Mnie miłuje”

          Miało to miejsce we Włoszech podczas drugiej wojny światowej. Pewna mieszkanka miasteczka Barga opiekowała się, chroniła, dostarczała żywność i odzienie ukrywającym się żołnierzom angielskim i partyzantom. Któregoś dnia sprawa się ujawniła. Niemcy aresztowali ją i osadzili w więzieniu w Lucca. Rozpoczęło się przesłuchanie:
                    Czy rzeczywiście ukrywałaś wielu ludzi i opiekowałaś się nimi – pytali.
                    Tak! – odrzekła.
                    Czy byli to wrogowie – partyzanci i Anglicy?
                    Wszyscy byli moimi braćmi.

               Mów prawdę – krzyczeli, przykładając pistolet do jej głowy – czy byli to partyzanci?
                    Tak, byli wśród nich i partyzanci, ranni, głodni, obdarci... Ale jeżeli chcecie zabić, to nie mnie, ale Tego, kto kazał mi to robić.
                    Kto to jest? – wołali. Kobieta wyciągnęła krzyż i powiedziała: „To Ten! To On nauczył mnie kochać wszystkich ludzi. Was również On kazał mi kochać”. Niemcy opuścili broń, bo jednak odezwały się w nich jeszcze jakieś ludzkie uczucia. Po kilku dniach zwolnili ją. 
         A my, jak sądzę, nie mamy wątpliwości, że kobieta owa należała do ogromnej rzeszy tych, których miał na myśli Pan Jezus, kiedy mówił: „Kto ma moje przykazania i zachowuje je, ten Mnie miłuje”. Bo kto ogranicza się tylko do pięknych słownych deklaracji, a nie potwierdza swojej miłości czynami, żyje w świecie iluzji.
          Niestety, zdarzały się także – i bynajmniej nierzadko – sytuacje dalekie od tego, by napawać optymizmem. Zdarzają się one i dzisiaj. A ponieważ na straży przykazań stoi niezłomnie Chrystusowy Kościół, wielu współczesnych postrzega go, jako swego otwartego nieprzyjaciela i manifestuje swoją względem niego niechęć twierdząc, że ogranicza ich wolność, że nakłada ciężary nie do uniesienia, że księża wymagają rzeczy niemożliwych i sprzecznych z naturą, że ingerują w sferę ludzkiej prywatności, co tym bardziej zasługuje na dezaprobatę i odrzucenie, że Dekalog i prawo Boże jest przeżytkiem i fikcją.
          Ludzie ci twierdzą, że jedynym obowiązującym prawem powinno być to, które będzie ustanowione i ogłoszone przez specjalnie w tym celu powołane organa władzy. Nad takim bowiem prawem można sprawować kontrolę, można je doskonalić, dostosowywać do aktualnych społecznych zapotrzebowań, a w razie potrzeby odwołać, jeśli, na przykład, jakaś, nieokreślona bliżej większość obywateli dojdzie do wniosku, że taki czy inny przepis ogranicza ich wolność.
          Rozumowanie to już od początku jest naiwne i nierozsądne. Zawsze bowiem istniały i będą istnieć takie prawa, którym wszyscy bez wyjątku ludzie, niezależnie od swojej woli i przekonań, muszą się podporządkować. Nietrudno przecież wyobrazić sobie los człowieka, który stojąc na szczycie wieżowca uzna za rozsądne zaprzeczyć prawu grawitacji i rzuci się w otwartą przestrzeń, czując się wolnym jak ptak. Zauważył to i w zwięzły sposób sformułował Immanuel Kant mówiąc, że „fizyka zajmuje się prawami przyrody, etyka – prawami wolności” i choć możliwe, że nie zdawał sobie z tego sprawy, wyraził starą chrześcijańską mądrość, która głosi, że wolność nie polega na odrzuceniu wszelkich praw, lecz na właściwym ich rozpoznawaniu i zastosowaniu. W rezultacie bowiem może to zapewnić człowiekowi wszechstronny rozwój i realizację najgorętszych pragnień. Prawa moralnego, czyli Bożych przykazań dotyczy to także. Dekalog bowiem chroni moralne wartości ludzkiego życia, wśród których na pierwszym miejscu znajdują się wartości religijne, to znaczy wiara w Boga i szacunek względem tego, co święte. Zaraz zaś po nich następują wartości życia codziennego, czyli zdrowa więź rodzinna, pokój i ochrona ludzkiego życia, uporządkowane życie płciowe, poszanowanie cudzej własności oraz prawda. Bez tych wartości życie ludzkie byłoby koszmarem nie do zniesienia. One bowiem stanowią fundament sprawiedliwości społecznej i moralny kościec ludzkości.
          A jednak trzeba zwrócić uwagę, że wielu współczesnych z uporem godnym lepszej sprawy wraca do myśli zdecydowanego wroga chrześcijaństwa, Friedricha Nietzsche'go, który mówił: „Rozbijcie stare tablice przykazań; wróćcie znów wolność człowiekowi”, mimo że nie jeden już raz mogli się przekonać, jakie powoduje to skutki zarówno w życiu poszczególnych ludzi, jak i całych społeczeństw.
          Pewien wiedeński katecheta zapytał kiedyś syna wojującego socjalisty czy zna Dziesięć Bożych Przykazań.  – Nie znam ich – odpowiedział chłopak – bo mój ojciec powiedział, że nie potrzebuję się ich uczyć, gdyż do niczego nie są mi potrzebne. Niedługo potem chłopak ten ukradł własnemu ojcu poważną sumę pieniędzy. Koledzy z pracy kpili wtedy z przemądrzałego ojca mówiąc: „Wiesz, mogłeś nauczyć syna przynajmniej siódmego przykazania „nie kradnij”, a nie miałbyś dzisiaj kłopotu”.
          Odrzucenie przykazań Bożych w skali społeczeństwa ma o wiele większy ciężar gatunkowy i jest znacznie boleśniejsze w skutkach. Przecież to z zachęty Nietzshe'go skorzystał Hitler, gdy pisał: „Przyjdzie dzień, w którym przeciw tym dziesięciu przykazaniom ja wzniosę tablice nowego prawa... My walczymy przeciw przekleństwu tak zwanej moralności, uznawanej za Boską, moralności każącej bronić słabego przed silnym, przeciwnej nieśmiertelnemu prawu wojny, która jest Boskim prawem natury. My walczymy przeciw tym, tak zwanym, dziesięciu przykazaniom”. Innym znów razem powiedział: „Ja zniszczyłem ogrodzenie przykazań, żerdź po żerdzi”. Skutki tych jego dokonań miał okazję poznać cały świat. Owszem, miał, ale z tej lekcji świat niczego się nie nauczył. Bo dzisiaj sam, jak powiedziałem, uparcie walczy z tymi przykazaniami, czego symbolem może być choćby usunięcie pomnika Dziesięciu Bożych Przykazań z gmachu sądu w Alabamie czy z innych miejsc publicznych. I ciągle liczy na to, że kiedy wreszcie wyswobodzi się spod ich ciężaru, zapewni sobie trwałą wolność, radość i szczęście.
          W tym wszakże miejscu warto postawić pytanie, czy faktycznie przez to, że ludzie nie zachowują przykazań Bożych, ignorują je i wyśmiewają się z nich, świat i życie na ziemi stało się lepsze? Fakt, że w wielu krajach, gdzie depcze się Dekalog ludzie często boją się wystawić nos na ulicę, aby nie stać się ofiarą rabunku czy gwałtu, świadczy o czymś przeciwnym. Fakt, że coraz więcej młodych ludzi popełnia przestępstwa z zabójstwami włącznie, zażywa narkotyki, staje się ofiarą alkoholizmu, także nie świadczy na korzyść wolności od przykazań. Rozbite małżeństwa i przepełnione dziećmi sierocińce są wręcz niemym krzykiem sprzeciwu wobec lekceważenia Dekalogu.
          A ogólny stan zdrowia społeczeństw? Pośród lekarzy amerykańskich przeprowadzono przed kilku laty bardzo interesującą ankietę. Jedna z jej kwestii brzmiała: podaj w procentach ilu pacjentom, których aktualnie leczysz, możesz pomóc wykorzystując swoje umiejętności i wszystkie dostępne ci środki medyczne. Odpowiedź była zaskakująca. Okazało się bowiem, że lekarze mogą pomóc tylko dziesięciu procentom swoich pacjentów. Dziewięćdziesiąt procent ludzkich chorób ma ich zdaniem podłoże duchowe, psychiczne. Komentując te wyniki jeden ze znanych lekarzy stwierdził, że problemem naszych czasów nie są choroby fizyczne, lecz psychiczne, związane najczęściej z konfliktem sumienia. Wobec takich chorób lekarze są bezsilni. Przy ich zwalczaniu nie mogą bowiem uciec się do pigułek. Trzeba więc przyznać, że wysoką cenę płaci współczesne pokolenie za oddalenie się od Boga i ignorowanie Jego woli, a naprawdę nic nie wskazuje na to, że osiąga zamierzone cele w postaci niezmąconej radości, błogiego spokoju i szczęścia. Wręcz przeciwnie!
          Zwróćmy tymczasem uwagę na słowa Jezusa z odczytanej dzisiaj Ewangelii. Pochodzą one z Jego mowy pożegnalnej wygłoszonej do uczniów podczas Ostatniej Wieczerzy. Za progiem Wieczernika był Ogród Oliwny i wszystko, co nastąpiło potem, to znaczy pojmanie, męka i śmierć, a także rozproszenie tych, których sobie wybrał. Jak każda kochająca matka czy ojciec w obliczu zbliżającej się śmierci myśli o przyszłości swoich dzieci, tak Jezus, na kilkanaście godzin przed ukrzyżowaniem, jest głęboko zatroskany o przyszłość i los swoich uczniów. A zależy Mu nie tylko na utrzymaniu łączności, ale przede wszystkim na obecności wśród nich. Nie będzie to, oczywiście, obecność cielesna, gdyż tej zachować nie można, zresztą, jest ona niedoskonała i ograniczona. Dlatego postanawia zostać z nimi aż do końca świata w sposób o wiele doskonalszy i łatwiej dostępny milionom i miliardom ludzi, bez względu na miejsce i czas. Zostaje więc w Sakramencie Eucharystii, w swoim słowie i we wspólnocie ludzi żyjących miłością Boga i bliźniego. „Nie zostawię was sierotami – mówi. – Będę prosił Ojca, a da wam innego Pocieszyciela, aby z wami pozostał na zawsze”. Jednakże warunkiem jest miłość: „Jeżeli Mnie miłujecie”. Nie chodzi, naturalnie, o uczucia, a już na pewno nie najpierw i przede wszystkim o uczucia, jak to niekiedy wydaje się ludziom.
      W poradni psychologicznej toczy się rozmowa. Mężczyzna mówi do psychologa: – Między mną a żoną nie ma już uczucia, jakie towarzyszyło nam po ślubie. Sądzę, że jej nie kocham. Ona też mnie nie kocha. Co powinienem robić?  – To znaczy, że nie ma już między wami uczucia miłości? – pyta psycholog.  – Nie, nie ma. Ale mamy troje dzieci i ich los nie jest mi obojętny, co więc powinienem robić?  – Kochaj swoją żonę – odpowiada psycholog.  – Ale mówiłem już panu, że nie ma między nami uczucia – upiera się człowiek.  – Kochaj ją – powtarza psycholog.  – Ale pan mnie chyba nie zrozumiał – obstaje przy swoim mężczyzna – mówiłem już przecież, że nie ma między nami uczucia miłości.  – A zatem kochaj ją – mówi niezmiennie psycholog. – Jeżeli nie ma uczucia miłości, to jest najlepszy powód, żeby ją kochać.  – Ale jak mogę kochać, skoro nie ma uczucia?  – Drogi panie, uczucie miłości jest dopiero owocem miłości. Jeżeli chce pan go zdobyć, musi pan kochać żonę, to znaczy, służyć jej, poświęcać się dla niej, słuchać ją, szanować, akceptować ją. Czy jest pan gotów to robić?
          Istotą miłości Boga także nie są miłe uczucia i piękne słowa, ale konkretne działania, czyli pełnienie woli Bożej. Wola Boża zaś wyraża się w przykazaniach. Tak więc podstawowym, najważniejszym sposobem wyrażania miłości względem Boga jest zachowywanie Jego przykazań. Przy czym winniśmy zachowywać je zawsze, a nie wtedy jedynie, gdy ich pełnieniu towarzyszą miłe uczucia. Co więcej, bywa niejednokrotnie, że trzeba je wypełniać na przekór uczuciom. Tak czynimy choćby wtedy, gdy wybaczamy wrogowi i krzywdzicielowi, mimo że nasze uczucia buntują się przeciw niemu.
Tak też postępujemy, gdy pomagamy w potrzebie osobie mało sympatycznej czy wręcz antypatycznej. A właśnie takiego postępowania uczy nas Pan Jezus w Ewangelii zarówno słowem jak i przykładem, i takiego wymaga od nas.
I tylko tym, którzy w ten sposób będą okazywać Mu miłość obiecuje, że będzie ich miłował również Ojciec niebieski. Obiecuje też, że zamieszka w ich sercu napełniając radością i pokojem, jakiego świat dać nie może. Nie będzie to bowiem sielankowy spokój, jaki przynosi ze sobą pogodny i cichy zmierzch letniego dnia, jakkolwiek miły i cenny, ale głęboki i niemal niewyrażalny pokój czystego sumienia, pokój poczucia dobrze spełnionego obowiązku, pokój właściwy tym, którzy mimo przeciwności i życiowych burz nie zawiedli, nie zdradzili, lecz dotrwali w wierności do końca.

Czy ja mam nadzieję, że – podobnie  jak wspomniana na początku Włoszka – znajdę się w ich liczbie?

No comments:

Post a Comment