Monday, 5 June 2017

„Niech zstąpi Duch Twój i odnowi ziemię” – Homilia o. Kazimierza Kozickiego, OMI, Toronto

Zesłanie Ducha Świętego , A
Dz 2, 1-11

Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden.
I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.
Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.
Pełni zdumienia i podziwu mówili: „Czy ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei  oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże”.

                         „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi ziemię”
         
          Plac przed jedną z francuskich szkół wojskowych. Uroczystość nadawania stopni oficerskich. Po zakończeniu promocji jeden z dowódców wyciąga z kieszeni znaleziony na dziedzińcu szkoły różaniec. – Do kogo to należy? – pyta. Stawiając to pytanie miał niepohamowaną chęć wyśmiania wiary i pobożności  któregoś z żołnierzy.  – Ten różaniec jest moją własnością – oświadcza – wystąpiwszy  z szeregu, najzdolniejszy, dopiero co promowany oficer.  – A jeśliby ktoś uważał – dodaje – że uwłacza on mojej godności, niech zechce się dowiedzieć, że prędzej zrezygnuję ze szlifów oficerskich, aniżeli zaprę się swoich przekonań religijnych.

          Podobnych przykładów odważnego przyznawania się do wiary, moi Drodzy, dostarcza nam każdy dzień historii na przestrzeni dwudziestu wieków chrześcijaństwa. Niejednokrotnie płacono za to znoszeniem szyderstw, szykan i tortur, a nawet utratą życia. Wystarczy wspomnieć prześladowania z okresu rzymskich cezarów, a u nas w Polsce – z czasu rozbiorów, zwłaszcza z zaboru rosyjskiego. Ofiary liczono na setki i tysiące. Skąd ci ludzie czerpali odwagę? Co, a raczej, kto był źródłem ich siły i męstwa?
Odpowiedzi udziela dzisiejsze święto!
          Wieczernik! Apostołowie! Dziesiąty już dzień po wniebowstąpieniu Mistrza trwają na modlitwie.
„Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru i napełnił dom, w którym przebywali ( … ), na każdym z nich spoczęły języki jakby z ognia i wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym” ( por. Dz 2, 2-4).
          Wiatr, zwłaszcza gwałtowny i ogień to żywioły, które do dzisiaj jeszcze budzą lęk i grozę, jako że niejednokrotnie niosą zniszczenie i śmierć.
Z drugiej jednak strony są to żywioły, bez których życie na ziemi nie byłoby możliwe. Czy można zatem się dziwić, że właśnie nimi wiele razy na przestrzeni historii zbawienia posłużył się Pan Bóg, by zaznaczyć swoją obecność i swoją potęgę? Czyż można się dziwić, że właśnie te znaki wybrał Duch Święty, by objawić się ludziom?
          Wiatr jest  nieprzewidywalny. „Wieje tam, gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża” – mówił Jezus do Nikodema. Jest on też nieuchwytny. Nie można go zatrzymać; nie można zamknąć w klatce, kontrolować ani sterować nim. Można natomiast, a często nawet trzeba poddać się jego przemożnej mocy, pójść za jego niepowstrzymanym ruchem, dać się porwać tam, dokąd zmierza. A on często lubi porywać nas tam, dokąd iść nie chcemy.
Wiatr jest rzeczywistością dynamiczną, pełną ruchu. Nie można go posiąść, nie można mu rozkazywać, narzucić kierunku ani zadecydować o jego sile. Nie jesteśmy też w stanie go zrozumieć, ale za to możemy doskonale widzieć i poznać skutki jego działalności.
          Podobnie jest z Duchem Świętym i z tymi, którzy pozwalają się Jemu kierować. Człowiek otwarty na działanie Ducha Świętego staje się „nieprzewidywalny”, „zaskakujący”. Nie idzie utartymi szlakami powszechnej przeciętności, nie przestrzega zasady „wszyscy tak robią”, nie chodzi ścieżkami, po których chciałoby go prowadzić przyzwyczajenie i od dawna powtarzane praktyki.
Stąd nie jest przypadkiem, że pierwszych mnichów nazywano „synami wiatru”. Działo się tak właśnie z powodu nieprzewidywalności ich zachowania i ich inicjatyw, z powodu zaskakującej nowości sposobu ich działania. Jest bowiem rzeczą absolutnie pewną, że kiedy w życie człowieka wtargnie wiatr Ducha Świętego nic nie będzie już takie jak przedtem. Duch nigdy nie pozostawia w nienaruszonym stanie ani rzeczy ani osób. Nikogo i niczego nie zostawia na swoim miejscu. I podobnie jak porywisty wiatr usuwa zeschłe liście i łamie martwe konary i gałęzie drzew, tak Duch Święty w swoim działaniu obala przeszkody, rozprasza obawy, podważa przesądy, łamie nawet najbardziej zaciekły opór. Jest On, mówiąc najogólniej, potężnym twórcą i autorem niespodzianek i dobrej przemiany.
          Innym obrazem Ducha Świętego jest ogień. Trzy podstawowe funkcje ognia znamy wszyscy. Jest on przede wszystkim źródłem światła. Gdyby nie ogień w tej czy innej postaci: ogniska, płomienia świecy, żarówki czy słońca, wszystko, jeśliby w ogóle istniało, trwałoby w nieprzeniknionej nocy.
          Lecz równie ważna jest druga jego funkcja, to znaczy – ogrzewanie. Jest on, po prostu, źródłem ciepła, a to stanowi jeden z podstawowych warunków życia. Gdyby nie ciepło w naszych domach, gdyby nie ciepło słońca, temperatura wszechświata w przeciągu kilkudziesięciu minut spadłaby do zera absolutnego, czyli do około minus 270 stopni Celsjusza, wskutek czego żadne życie nie miałoby możliwości przetrwania.
          Ponadto, ogień oczyszcza, spala bowiem słomę i plewy i wszystkie bezużyteczne śmieci, a pozostawia czyste, szlachetne kruszce.
          Czyż nie na tym samym polega działalność Ducha Świętego w sercach poszczególnych ludzi, w dziejach zbawienia i w całej historii wszechświata? Wszak On także ożywia, oświeca, ogrzewa i spala wszystko, co nie jest godne wieczności, to zaś, co godne – udoskonala.
I podobnie jak ogień musi się rozprzestrzeniać, musi obejmować coraz to nowe przedmioty i obszary gdyż inaczej wygaśnie, tak ogień Ducha Świętego ogarnia i przenika serca coraz to nowych ludzi, ludów i pokoleń. „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię – mówił Pan Jezus – i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”.
          Ten ogień spadł na ziemię w dniu Pięćdziesiątnicy. W Wieczerniku trafił na bardzo podatny grunt. I oto bojaźliwi dotychczas, wyizolowani ze świata i zaryglowani przed ludźmi z obawy przed prześladowaniem, prości galilejscy rybacy, pełni mocy Ducha Świętego, stają się Apostołami – nieustraszonymi świadkami Chrystusa Ukrzyżowanego
i Zmartwychwstałego. Gnani jak gdyby wichrem rozpraszają się po całym ówczesnym świecie, a trawieni ogniem miłości ku Chrystusowi idą na krzyż, pod miecz i na pożarcie przez dzikie zwierzęta.
Już w sam dzień Zielonych Świąt, Piotr, który w Wielki Piątek wyparł się Chrystusa i jakiejkolwiek znajomości z Nim ze strachu przed zwyczajną służącą, kilkutysięcznym tłumom zgromadzonym przed Wieczernikiem nie obawia się powiedzieć i wytknąć gorzkiej prawdy: „Jezusa z Nazaretu, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi cudami i znakami, jakich przez Niego dokonał, wyście rękami bezbożnych przybili do krzyża i zabili” (por.Dz 2, 22-24).   
          Dzisiaj tymczasem, niemal dwa tysiące lat po tamtej historycznej Pięćdziesiątnicy i ponad pięćdziesiąt lat po Soborze Watykańskim II, który miał być rzekomo nowym zstąpieniem Ducha Świętego na Kościół i na świat, bardzo wielu katolików, a pośród nich pasterzy Ludu Bożego, czuje się i zachowuje tak, jak Apostołowie w Wielki Piątek: boją się i drżą. Zastanawiając się głębiej można odnieść wrażenie, że podobni są do owych uczniów, których święty Paweł znalazłszy w Efezie zapytał czy otrzymali Ducha Świętego, a którzy mu odpowiedzieli: „Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje ktoś taki” (por. Dz 19, 2).
          J. Cordonnel powiedziałby zapewne, że mają skrzydła z ołowiu, tak bowiem wielka jest ich ociężałość i ślamazarność. Wicher Ducha Świętego, którego otrzymali w sakramencie chrztu, bierzmowania i kapłaństwa wyciszył się zupełnie, a ogień został przywalony grubą warstwą popiołu strachu, egoizmu, pragnienia uznania i sławy, lenistwa i wyrachowania.
Wielu stało się wręcz strażakami usiłującymi ugasić ogień Ducha Świętego. Poznać można to po tym, że boją się głoszenia prawdy i dawania świadectwa o Chrystusie.
          W nauczaniu wielu z nich nie można usłyszeć zupełnie nic o grzechu, piekle, szatanie i wiecznym potępieniu, mimo że Jezus obiecując zesłać Ducha Świętego powiedział, iż kiedy On przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i sądzie (zob. J 16, 8).
Przeciwnie, wbrew powszechnej nauce Kościoła głoszą, że wszyscy, bez względu na to jak żyjemy, pójdziemy prostą drogą do nieba, bo Pan Jezus przez swoją mękę i śmierć uregulował za nas wszystkie rachunki, jakich wymagała Boża sprawiedliwość.
Możemy więc grać, śpiewać i bawić się wesoło, bo niebo mamy pewne jak w banku. Żeby zaś swoim poglądom nadać większą wiarygodność, w angielskiej wersji Mszy świętej przez pięćdziesiąt niemal lat fałszowali nawet Chrystusowe słowa konsekracji wina. Chociaż bowiem Jezus mówił: „To jest Krew moja nowego przymierza, która za was i za wielu będzie przelana”, oni mówili: „za was i za wszystkich”, co pośrednio miało świadczyć, że piekła, oczywiście, nie ma. Oni wszak wiedzą lepiej niż Ewangeliści, a nawet niż sam Jezus.
          Bywa też niejednokrotnie, że omijanie prawdy, opuszczanie prawd trudnych i dla dzisiejszego człowieka często niewygodnych wynika ze zwykłego wyrachowania.  – „Proszę nic nie mówić o grzechach i o potępieniu – prosił pewien proboszcz misjonarza głoszącego rekolekcje wielkopostne – bo ludzie nie przyjdą mi do kościoła. A jeśli nie przyjdą, wiadomo: i składki nie będzie, a żyć z czegoś trzeba”. 
          Ponadto zdarza się nierzadko, że przemilczanie spraw trudnych dyktowane jest pragnieniem, by nie stracić na popularności: „ludzie przestaną mnie lubić, przestanę się im podobać”.
Równie powszechny jest lęk przed opinią: „będą mówili, że nie jestem postępowy, że jestem średniowieczny, staroświecki, zacofany, niedzisiejszy”.
          Lecz jakoś dziwnie nikomu z nich nie przeszkadza, nikt nie chce widzieć niczego niestosownego w tym, że postawy tego rodzaju znajdują się w jaskrawej sprzeczności ze słowami świętego Pawła: „Gdybym chciał się przypodobać ludziom, nie byłbym już sługą Chrystusa”, z jego prośbą: „proszę was, bracia, nie bierzcie wzoru z tego świata” (Rz 12, 2) i z tym, co powiedział sam Jezus: „Gdybyście byli ze świata, świat by was miłował, jako swoją własność. Jeżeli świat was nienawidzi wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził” (J 15, 19 i 18).
          Tymczasem nie ulega wątpliwości, że słowa Zbawiciela z Wieczernika: „Ja będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna” (J 14, 16-17), do takich pasterzy i wiernych odnoszą się w całej rozciągłości. Nie mogą oni przyjąć Ducha Świętego, bo nie ma w nich prawdy. W ich przypadku okazuje się On być Bogiem Nieznanym, a często Bogiem Wygnanym.
          Niestety, swego czasu Judasz sprzedał Jezusa za trzydzieści srebrników. Dzisiaj natomiast jest On sprzedawany za czyjąś krótkotrwałą i wątpliwą popularność, ludzką opinię albo kilka dolarów w koszyku.
A przecież w koszty rzeczywiste trzeba wliczyć też wieczne potępienie głoszącego i jego słuchaczy, jako że głoszenie półprawd „pod publiczkę” jest szerzeniem kłamstwa, wskutek czego zamiast budować królestwo Boże, rozbudowuje się królestwo szatana.
          Warto jednak pamiętać, że kiedy Żydzi w dniu Zielonych Świąt, przyjąwszy gorzką prawdę o sobie, pytali Piotra i pozostałych apostołów: „Cóż mamy robić, bracia?”, usłyszeli odpowiedź: „nawróćcie się ( …), a otrzymacie w darze Ducha Świętego”. Te słowa odnoszą się także do każdej i każdego z nas.
          Jako chrześcijanin, katolik powinienem być światłem, solą, zaczynem. Moje zadanie nie polega na tym, by znieczulać i usypiać, ale by prowokować. Biada mi, gdybym stał się jak napar z rumianku, gdybym był środkiem uspokajającym dla tych, którzy się do mnie zbliżają. Wtedy Zesłanie Ducha Świętego nie byłoby moim świętem, bo gdzież byłby mój wicher i ogień?
          Wiem, że potrzebuję nawrócenia. Ale muszę wobec tego wiedzieć i to, że nie ma nawrócenia bez przemiany, nie ma przemiany bez oczyszczenia i nie ma oczyszczenia bez bólu, bez wymagającej ascezy.
Dlatego też z całym Kościołem wołam: „Przyjdź, Duchu Święty, przyjdź i obmyj, co nieświęte, zarówno we mnie, jak w całym Kościele, oschłym wlej zachętę, ulecz serca ranę; nagnij, co jest harde, rozgrzej serca twarde, prowadź zabłąkane”.

Przyjdź i odnów oblicze ziemi, tej ziemi i ziemi mojego serca. Amen.             

No comments:

Post a Comment